Proza, góry i muzyka
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zawał serca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zawał serca. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 sierpnia 2020

Z cyklu Kasine Pisanie : Idąc pod prąd cz. 23

Rozdział 23

Palenica,  Małe Pieniny - koniec maja 2018


Fot. Kasia Dudziak, widok na Dunajec ze szlaku żółtego na Bereśnik 


Nigdy nie wyjeżdżali na Palenice wyciągiem, zawsze wychodzili pieszo, choć to stroma cholera jest.  Lubi dać w tyłek, szczególnie przy upale. Tak samo Sokolica i Wysoka.  Po deszczu potrafiło być bardzo nieciekawie. Kiedyś (kilka lat wstecz) Kynia skręciła sobie kostkę przy schodzeniu z Trzech Koron do Sromowców Niżnych, cud, że jej nie złamała. Noga tak ją bolała, że Rafał musiał ją nieść na barana całą drogę aż do centrum Szczawnicy. Do południa nie padało wcale, tyle co nad ranem, gdy jeszcze byli pod Turbaczem. Trasa którą schodzili do Łopusznej była nawet w porządku, więc zeszli szybko, bez potyczek. Po drodze zatrzymywali się trzy razy, gdyż szlaki czerwony i czarny były bardzo ciekawe widokowe. Mieli na to czas, nigdzie im się nie spieszyło. Ze Szczawnicy pod Durbaszkę mieli dwie godziny drogi więc mogli iść na luzie. Gdy już byli na dole przy szosie i czekali na Filipa Gawędę ( miał ich zabrać do Krościenka nad Dunajcem) zadzwonił Łukasz żeby o coś zapytać Justynę, już zaczynał mówić kiedy Dawid wyrwał mu telefon i zwiał na werandę. Pochwalił się, że potrafi już wymienić wszystkie szlaki w Beskidzie Wyspowym. W nocy zamiast spać siedział nad książkami o Beskidach i zagadywał Kynie o różne rzeczy. Wszystko by było dobrze gdyby nie była taka zmęczona. Kiedy zasypiała na siedząco młody Orzecki natychmiast ją budził. - Ciocia nie śpij, bo cię porwią Janosiki - ostrzegł ją pięciolatek. Za dnia musiała męczyć się przy korekcie kolejnych egzemplarzy jakiegoś durnego romansidła pt. Wyrwana z sideł pożądania" więc młodego pilnował wujek naczelnik, dopiero koło 18 - tej przejmowała pałeczkę i zajmowała się swoim ulubieńcem. Orzecka zaczynała się bać, że Dawid w końcu zamęczy przyjaciółkę i brata mamy. Kategorycznie zakazała synowi zaganiania wujka pod stół i poleciła mu oddać aparat Łukaszowi. - Ale mamo, wujek jest iealnym niedźwiedziem, a stół to jego jaskinia - protestował chłopczyk. Po tych słowach usłyszeli histeryczny śmiech Krysi. Na tym skończyli rozmowę.  Mieli zadzwonić do nich, gdy dojdą do schroniska pod Durbaszką.  Babci Jasi i wujka Henia nie było bo wyjechali do kuzynki do Zawoi.





  • Już niedaleko siostra, dawaj do góry - mobilizował ją Janek. Justyna szła trzydzieści metrów za nim i sapała. On stał w miejscu gdzie był prześwit, a nad głową krzesełka. Ludzi na wyciągu było jak na lekarstwo. 
  • Niedaleko? - zmarszczyła brwi. - Rozumiem że mówisz o najbliższym szczycie. 
  • Dawaj dawaj, jesteś w tym dobra. Twoja mama po takiej przerwie by nie dała rady. Musiałbym ją nieść. - Zuber stał oparty o drzewo i patrzył w stronę Bereśnika w Beskidzie Sądeckim. 
  • Tak, z pewnością padłaby już po pięćdziesięciu metrach. - Justyna przyspieszyła kroku. 
  • Raz ją z Rafałem wyrwaliśmy na Strzebel to prawie nas zabiła... Oczywiście poszliśmy tym czarnym szlakiem z Kasinki Małej, a wiesz jak tam jest bosko jak pada... To był pomysł twojego brata, żeby nie było. 
  • Fantastycznie. - Orzecka przewróciła oczami. - Biedna mama. 
  • Akurat nas złapała ulewa w drodze to se wyobraź co w nią wstąpiło. - Janek posłał jej lisi uśmieszek. - Burza była z piorunami, taka na fest wiesz? 
  • O Jezusie... - Krakuska zrobiła przrażoną minę. 
  • Zadzwoniła po waszego tate, żeby po nią przyszedł i zabrał ją z tego piekła. - Góral przestąpił z nogi na nogę. - Oczywiście nie mógł bo był u klienta więc zadzwoniła do brata i się wydarła na niego, a szef akurat był na akcji, w dodatku mocno czymś zdenerwowany także nie było gadania. Jak jej powiedział że nie wyśle śmigłowca to usiadła na kamieniu, płakała i przeklinała Rafała. Mogła chociaż powiedzieć, że kostke złamała to by kogoś wysłał nie? Ale że była  na wycieczce z ratownikiem... 
  • Janek... ty ratownik i takie rzeczy gadasz? - Popukała się w czoło.  
  • Żartuje no, ale sytuacja była naprawdę komiczna. Myślałem, że ona go tam udusi gołymi rękami. Jeszcze jej powiedział że na Strzebel jest tylko pół godziny, więc Wasza mama co pół godziny pytała nas czy daleko jeszcze. Czujesz bluesa? 
  • Rafał to jednak stuknięty jest - oświadczyła i zaczęła się śmiać.  Wreszcie stanęła koło Jaśka i razem oglądali Szczawnicę z góry. 
  • Lepszej wycieczki jej nie mógł zafundować, wariot jeden. - Janek popatrzył na Justynę. - Ja bym mojej w życiu nie wziął w góry bo by mnie zabiła już przy pierwszym podejściu.
  • Ale w końcu zdobyła ten Strzebel, nie? - spytała Justyna wpatrując się w widoczny na horyzoncie Beskid Sądecki. Bardzo lubiła to pasmo, za to, że prawie nie było tam tłumów. Widok z tego miejsca gdzie stali był rewelacyjny. Już siódmy raz szła na Palenice i zawsze lubiła patrzeć na dół z tego punktu. 
  • No wylazła, ale co żeśmy się z twoim bratem nagadali żeby chciała iść dalej to masakra. 
  • Twoja mama nigdy nie chodziła z ojcem po górach? 
  • A coś ty kobieto, w życiuuuuu - obruszył się Jasiek. - Pierwsza i ostatnia jej wycieczka to była ze szkoły na Śnieżnice. 
  • A nie na Giewont? - zdziwiła się Orzecka. 
  • Taaa, na Giewont by ci weszła, moja mama. Poczeeeekaj. - Powiedziawszy to wybuchnął śmiechem. Tylko Justyna potrafiła go tak rozbawić. - Ona się boi na Gubałówkę wjechać kolejką, a ty ją na Giewont wysyłasz. Jesteś geniuszem siostra.
  • Wiem Zuber, wiem, a teraz chodź, bo chce się piwa napić, a żeby się napić piwa, muszę dojść na szczyt.  Idziemy Jasiek. 
  • A co ty sister nagle taka ożywiona jesteś? Dopiero co miauczałaś, że masz dość i chcesz wracać. - Znowu się nabijał. Krakuska nigdy nie miauczała, a przynajmniej nie przy nim. Zawsze super mu się z nią wędrowało. Gdzie by jej nie wziął, to Kynia czasem marudziła. 
  • Ja miauczałam? Eeeee przesłyszałeś się. - Orzecka strzeliła pokerową minę i popędziła przed siebie. 
  • Eheee - Szedł za Krakuską i się chichrał. Do szczytu był jeszcze kawałek.  
  • Co cię tak bawi Zuber? - zatrzymała się, odwróciła do niego i wsparła dłonie na biodrach. 
  • Wyobraziłem sobie twoją mamę na Giewoncie - odparł Jasiek i roześmiał się na głos. 
  • No czubek. - Pokręciła głową i zaczęła iść dalej. W końcu sama parsknęła śmiechem. 


Na piwo zatrzymali się w tej większej góralskiej knajpce znajdujacej się poniżej na polanie w bliskim sąsiedztwie zjeżdżalni grawitacyjnej. Zajęli miejsca na zewnątrz pod parasolem skąd  mieli super widoki na Pieniny Właściwe oraz większą część Małych. Zuber poszedł zamówić dwa Carlsbergi i frytki, a Justyna została żeby nikt im nie zajął stolika. Po chwili Jasiek wrócił z dwoma wysokimi szklankami, które postawił na stoliku, na frytki musieli poczekać dziesięć minut. Poza nimi było jeszcze dziesięć osób na zewnątrz i z siedem w środku. Kolejni klienci już nadciągali od strony stacji wyciągu. Na zjeżdżalni grawitacyjnej również było sporo ludzi. To była ulubiona atrakcja synka Justyny. Jak już się do tego dorwał ciężko było go odciągnąć. 

  • Ooo rety, a kogóż to moje piękne oczy widzą? - zawołał na widok Zawady Zuber. Wyglądało na to, że wracał z jakiejś akcji bo ubrany w . Za nim w odstępie pięciu metrów szedł drugi ratownik Witek Kawka. - Sam zastępca naczelnika się do nas pofatygował. 
  • Bo nie mogę szefa dorwać, a mam do niego pilną sprawę - wyjaśnił pochylony nad Jankiem Julek. - Nawet radia nie ma przy sobie. 
  • Szef niańczy Dawida - oświadczył Jasiek odstawiając szklankę na blat. 
  • No właśnie telefon szefa odebrał młody i powiedział mi, że wujek Łukasz nie może odebrać bo siedzi zamknięty w pokoju, a klucz jest złamany.  Wiecie o co  tu biega? 
  • Coooo? - Justyna aż się podniosła z ławki. O mało nie przewróciła szklanki z piwem. 
  • Co ty gadasz Zawada? Że niby Dawid go zamknął w pokoju i złamał klucz? - spytał Janek i zaczął się histerycznie śmiać. 
  • Czy ja niewyraźnie mówię? - Julkowi wcale nie było do śmiechu, wręcz przeciwnie. Cały był w nerwach. 
  • Co się stało szefowi? - Teraz do rozmowy włączył się Witek. Wysoki chudy  blondyn o szarych miłych oczach. Był trochę podobny do naszego skoczka Kubackiego i też pochodził z Nowego Targu. 
  • Ty Zuber co to za jaja są z tym naczelnikiem? - Zawada się skrzywił. Mówil cichutko, żeby nikt poza nimi nie usłyszał o czym mówią. Nic z tego nie rozumiał. - Bo nie ogarniam.  
  • Dużo by gadać staruszku. - Wzruszył ramionami. 
  • Kuzwa Zuber... nie wkurzaj mnie - wysyczał przez zęby Zawada.  
  • Czekaj Julek, ja zaraz tyrknę do Kyni, bo ona została z nimi w domu to się zorientuje co jest grane.  - Zdenerwowana Krakuska sięgnęła do lewej kieszeni polara po telefon. Występek Dawida zasługiwał na surową naganę, bez wątpienia. Co on sobie myśli? Żeby wycinać takie numery. 
  • Dzięki Justyna. - Twarz Julka rozjaśnił na moment uśmiech. - Powiedz szefowi, żeby do mnie zadzwonił, bo mam pilną sprawę.
  • Nie ma sprawy -  powiedziała wybierając numer przyjaciółki.  
  • To narazie ekipo, ja muszę wracać do chłopaków na miejsce wypadku. - Powiedziawszy to Zawada szybko się oddalił. Odchodząc pomachał im ręką.
  • Witek gdzie jesteście, w którym miejscu? - zatrzymał go Zuber. 
  • Na niebieskim szlaku, co schodzi do Orlicy.  Dwie starsze babki pojechały sobie ze dwa metry w dół bo ślisko było. Jedna ma rozbitą głowę, ale jest przytomna, druga też ale nóżka złamana. Będą żyły. 
  • To dobrze, bo wczoraj na Starych Wierchach Dawid... - zaczął Janek,  ale Witek mu uciął. 
  • Aaa tak słyszałem... I nie zazdroszczę Zawiszy. - Kawka spoważniał. 
  • Spoko, już się pozbierał - zapewnił go Jasiek. 
  • Witek idziesz?!  - zawołał na niego zastępca naczelnika. Był już dobre czterdzieści metrów od niego.
  • Leć, dogonię cię wiceszefie! - krzyknął do Julka. 
  • Ty a skąd Zawada wiedział, że my tu będziemy? - zaciekawił się Jasiek.
  • Wróżka zębuszka mu powiedziała - odparł Witek i pobiegł za Julkiem. 
  • Narazie Kawka. - Zuber pomachał mu i sięgnął po szklankę z piwem. Prawie kończył.
  • Ciszej Janek, bo dzwonię. - Justyna trzymała słuchawkę przy uchu i czekała na połączenie.  Jednocześnie machała wolną ręką koło swojej twarzy. -  Cholera, nie odbiera no.  Co ten jej Dawid znów wyciął? Jak ona teraz spojrzy w oczy Łukaszowi po tej akcji?
  • On to ma po Rafale. - Strzelił do niej uśmiech karpia. 
  • Halo Kynia, jesteś? Słuchaj Kochana, jest taki problem...  - odezwała się, gdy wreszcie udało jej się połączyć z Białko.  


Fot. Kasia Dudziak, Hala Gorc Kamienicki, Gorce 

W niecałą godzinę pokonali drogę z Palenicy do punktu rozejścia się szlaków  niebieskiego i żółtego w okolicy Rabsztyna. Góra ta zaraz rzucała się w oczy tym, którzy wychodzili od Szlachtowej. Tempo Justyny było coraz lepsze i Janek, który to zauważył nie omieszkał jej za to pochwalić. Jakby w ogóle nie miała przerwy w chodzeniu po górach. Uważał, że świetnie sobie radziła, może nawet by się nadawała na przewodnika górskiego, gdyby tylko chciała nim zostać. Łukasz natomiast od kilku dni namawiał ją na kurs ratownika medycznego, a ona obiecała, że to przemyśli. Jeden z dwóch postojów zrobili na rozległej zielonej polance z widokiem na Jarmute i ogromny płat Beskidu Sądeckiego po drugiej stronie. Wiosną ta wszechobecna zieleń aż biła po oczach. Obfitość kwiatów i wszelakiego ziela dała się zauważyć również teraz i fruwających nad łąką motyli, bo tych było tu bez liku, gdzie byś się nie obejrzał. - Pieniny są domem niezliczonej liczby owadów wszelakich i nigdzie indziej w Polsce takiej mnogości nie spotkacie - powtarzała im  w dziecinstwie babcia Jasia, która zawsze była wielką fanką Pienin. Na Trzech Koronach była chyba z trzydzieści razy. Znali ją najstarsi flisacy i górale pieninścy. Minęło dziesięć lat od czasu gdy ostatni raz była z nimi w górach. Potem zachorowała na serce i wszystko się skończyło. - Jesteś gigantka jak ta twoja babcia wiesz? - oświadczył z entuzjazmem Zuber. Miał racje, Justyna miała dużo ze swojej babci, a przede wszystkim silnego ducha i charyzmę. On znów był podobny do swego dziadka od strony mamy. Pan Kordian miał siedemdziesiąt cztery lata i dalej chodził w góry ze swoimi owcami na pobliskie pastwisko. Mieszkał w niewielkim domku z obejściem na polance pod szczytem o nazwie Bukowina Waksmundzka, całkiem niedaleko  zielonego szlaku na Turbacz. Nierzadko mu się zdarzało zachodzić na Halę Długą i odwiedzać tamtejszych baców. Poza tym całe Podhale znało dziadka Jaśka jako dziarskiego człowieczka o sercu mocnym jak dzwon.




  • Brakowało mi tego jak cholera - oznajmiła półgłosem leżąc na plecach w głębokiej pachnącej trawie obok Zubera i wąchała białą koniczynę, którą obracała w palcach. Była zrelaksowana, spokojna i szczęśliwa, już dawno się tak nie czuła. Ta chwila mogła się przedłużać w nieskończoność. Bliskość gór napełniała ją radością i błogością. Przynajmniej przez chwilę miała spokój od marudzącego syna. Od kilku dni ostro dawał wszystkim popalić. 
  • Zasłużyłaś na porząďny odpoczynek siostra. - Janek obrócił się na prawy bok i spojrzał na Krakuskę.  - Jak się szef trochę pomęczy z młodym to nic mu się nie stanie.
  • Pod warunkiem, że mój syn go nie zamęczy na śmierć. - Przygryzła wargę i pokręciła głową. 
  • Ciebie nie wykończył, a jesteś przy nim non stop. - Mrugnął do niej porozumiewawczo, a następnie poprawił rozczochrane kruczo czarne włosy. 
  • Ze mną to co innego Jasiek... jestem jego matką i już przywykłam do tych jego numerów... - oznajmiła i ściągnęła kumplowi z koszulki małego czarnego owada nielotka po czym odstawiła na rozłożystego liścia rosnącego pośród bujnej trawy. Nie miała zwyczaju ich zabijać tak jej mama, która panicznie bała się tych wszystkich górskich żyjątek. 
  • Pod warunkiem, że nie ucieka ci i nie wyskakuje na ruchliwą ulice - przypomniał Zuber. Na chwilę spoważniał, gdyż tego wymagała sytuacja. Nie mógłby się z tego śmiać 
  • Kynia ci mówiła? - popatrzyła na niego zdziwiona, a potem kontynuowała. - No tak, to było straszne... nie powiem, że nie. Myślałam, że go uduszę gołymi rękami. Na szczęście jeden facet go złapał i odciagnął zanim nadjechał ten wielki van bo... - Na samo wspomnienie robiło jej się słabo.  
  • Wyobrażam sobie, co czułaś. - Faktycznie wiedział o tym od Kyni i nieźle go to przeraziło. Justyna przeżyła istny koszmar, a ten mały psotnik sam był wystraszony gdy zdał sobie sprawę że to auto mogło go zabić. 
  • Nagle stał się taki nieznośny - przyznała zmartwiona Justyna. Zaczynała się bać, że traci nad nim kontrole. Był coraz większy i coraz bardziej świadomy.  - Są dni że wszystko jest na nie, a jak już znajdzie dziurę to drąży ją w nieskończoność niczym kret. 
  • Ja wcale nie byłem lepszy niż Dawid, uwierz. - Zuber posłał jej iście szelmowskie spojrzenie. 
  • Mój brat jako dziecko też był straszny.  - Krakuska związała włosy frotką -  tradycyjnie w koński ogon, a potem założyła opaskę. 
  • Rafał moja droga to w ogóle nigdy nie był grzeczny, a twojemu synowi czasem się  to zdarza... Rzadko, ale jednak 
  • Faktycznie - zgodziła się Justyna. Akurat patrzyła w stronę Trzech Koron, które z tego miejsca były super widoczne. Pięknie rzucała się w oczy wapienna biała skała czyli Okrąglica, na której opiera się platforma wiokowa. Tej góry nie dałoby się pomylić z inną, za nic w świecie. 
  • A ty wiesz, że córka Łukasza chodzi z tym Dorianem? Widziałem ich dwa dni temu jak siedzieli nad Ochotnicą i.... 
  • Co robili? Gadaj żesz. - Momentalnie podniosła się do pozycji siedzącej, a potem  wsunęła mu koniczynę za ucho.   
  • A co mogli robić nad wodą zakochani Justyna? - rozbawiony Zuber zaczął się chichrać.


  • No słucham Zuber, nie wstydz się o tym mówić... Ja też przy Calvinie raz odleciałam. - Mrugnęła do przyjaciela okiem. 
  • Łoooooooo, no co ty powiesz. - Góral wybałuszył na nią oczy. -  Kiedy i gdzie?  
  • Wzięłam go kiedyś nad jezioro w Hubie i... tak nas poniosło, że długo nie mogliśmy się opanować... Nagle zaczął mnie całować a, jaaaa... odleciałam. 
  • Zaraz... mówisz, że ty go nad to jezioro zaciągnęłaś i żeś z nim poszalała? - wszedł jej w zdanie Zuber. Był pod wielkim wrażeniem wyczynu Orzeckiej. - Noooo, widzę że siostrzyczka się rozkręca. 
  • Wyobraź sobie że... - nie dokończyła, bo nagle doszedł ich donośny krzyk jakiegoś człowieka, który najwyraźniej  wzywał pomocy. Szedł niebieskim szlakiem od  Wysokiej. 
  • Co się dzieje? - Janek błyskawicznie wstał z trawy i rozglądnął się.
  • Pomocy, ludzie, pomóżcie mi! - krzyknął znów wysoki siwy mężczyzna i osunął się na ziemię zanim Zuber zdążył do niego dobiec, pozostał jednak przytomny. Mógł być po pięćdziesiątce. 
  • Dzwonię po chłopaków Zuber - oznajmiła Justyna i oddaliła się z komórką w ręce. 
  • Proszę się nie martwić, jest pan już pod opieką ratownika. Niech pan powie co pana boli? - mówił Janek, który siedział na ziemi pochylony nad turystą. 
  • To... to... to chyba zawał, bo.... kuje... kuje mnie w klatce. - Poszkodowany ledwo mówił, jego oddech był bardzo nierównomierny. 
  • Spokojnie, zajmę się panem dopóki nie dotrą tu moi koledzy z GOPR u. Oni pana zabiorą do szpitala, bo ja akurat jestem na wolnym. Proszę się nie denerwować, będzie dobrze. 
  • To zawał, wiem że zawał... O jezuuuu jak boli! - powtarzał wystraszony mężczyzna. 
  • Niech się pan nie denerwuje, pomożemy - uspokajał go Zuber. - Jakie ma pan objawy? Proszę mi powoli wszystko opowiedzieć. 
  • Mam...  okropny ból w klatce i...  lewa ręka mi drętwieje, a poza tym... płatki mi przed oczami latają. - Przyłożył rękę do lewej piersi, żeby pokazać Zuberowi o co chodzi.
  • Choleraaaa, to raczej na stówe zawał serca. Muszę panu coś podłożyć pod plecy, bo nie może pan leżeć. Chwileczkę. - Powiedziawszy to prędko sięgnął po plecak,  otworzył go i wyjął z niego swój polar, który następnie zwinął w rulon. Wsunął go mężczyźnie pod plecy. - Lepiej trochu? 
  • Taaak - odpowiedział słabym głosem mężczyzna. 
  • Zmierzę panu teraz puls, dobrze? - Powiedziawszy to przyłożył mężczyznie dwa palce do szyi pod brodą i zerknął na zegarek. - Przyspieszony jest... znacznie. Sto czterdzieści uderzeń na minutę. Tachykardia
  • To chyba kiepsko nie? - Facet patrzył gdzieś w bok. Źrenice miał rozbiegane. 
  • Ponad normę proszę pana. Prawidłowy jest od 60 do 100 uderzeń - wyjaśniła Orzecka. Przyglądała mu się z niepokojem. Nie chciałaby się tak męczyć.  
  • Jak się panu oddycha? - spytał znów zmartwiony Jasiek. Bardzo chciał żeby obyło się bez resuscytacji, bo bał się że skończy się to tym samym co poprzednia akcja z rowerzystą
  • Ciężko... baaaa... rdzo ciężko. - Wyraz twarzy tego człowieka wskazywał na to,  że facet cierpi. Zachłannie łapał powietrze. 
  • Nie jest panu zimno? - Janek pilnie przyglądał się mężczyznie. 
  • Trochę. 
  • Okej zaraz pana owinę specjalną folią. Momencik. - Znów sięgnął do plecaka po folie termiczną. Miał tam również zestaw do reanimacji. Zawsze nosił je ze sobą na wypadek gdyby przyszło mu ratować jakiegoś turystę. Musiał być gotów na każdą ewentualność, nawet jeśli był na wycieczce. 
  • Będą do siedmiu minut - poinformowała go Justyna. W końcu kucnęła koło Zubera i pomogła przyjacielowi owijać chorego folią,  złotem do zewnątrz.
  • Ratownicy zaraz będą, wytrzyma pan jeszcze chwilę? - Janek zmienił pozycje, bo dostał skurczu mięśni od siedzenia w jednej pozycji. Jego wysokie czoło zroszone było potem. 
  • Dziękuje wam, gdyby nie wy...  to... chyba bym tu zdechł. 
  • Niech pan za dużo nie mówi bo się pan męczy - poradziła mu Justyna. - Moja babcia też miała zawał kiedyś. 
  • Miałem... szczęście że... na was trafiłem. - Uśmiechnął się do niej półgębkiem. 
  • Jest pan na coś uczulony lub choruje na coś przewlekle? - kontynuował swój wywiad Janek. 
  • Nie, uczulony nie, ale mam problemy z tarczycą. Jestem w stałym leczeniu.
  • Prawidłowo. Tarczyca też potrafi bigosu narobić. Moja mama się leczy na nadczynność. 
  • Jest pan tu sam, bez nikogo? - spytała zmartwiona Justyna. 
  • Tak, tak, sam poszedłem w góry.  Idę z Białej Wody, po drodze zahaczyłem o Wysoką i dopiero teraz zaslabłem. Nagle mnie złapał ten ból w klatce i pociemniało mi w oczach.
  • Nigdy wcześniej nie chorował pan na serce? - Janek patrzył  mężczyźnie w oczy. - Jeśli pan choruje... wycieczki w góry nie są wskazane. Jak się pan teraz czuje? 
  • Bez zmian i kręci mi się w głowie. - Mężczyzna był blady i mokry od potu, co było widać po jego szarej koszulce. 
  • Jak pan ocenia ten ból w klatce piersiowej, tak od 1 do 10? 
  • Tak 8 na 10...  bym powiedział. - Mężczyzna odchylił głowę do tyłu. 
  • To ostro daje panu w tyłek. - Zuber zrobił zbolałą minę. - Współczuję.
  • Halo Łukasz, hej - powitała go przez telefon Justyna. To on dzwonił. - No jesteśmy dalej tu gdzie wychodzi szlak ze szlachtowej... Tak oczywiście, już ci mówię co i jak. Panu drętwieje lewa ręka, puls ma przyspieszony... Jasiek mówi że 140 na minutę... No... poza tym ostry ból w klatce i zawroty głowy. Ten stan utrzymuje się przez cały czas... Nie, cały czas był przytomny...  Słucham? No okej, to czekamy, dzięki. - Gdy Łukasz zakończył połączenie schowała telefon  i rzuciła do Jaśka. - Łukasz wysyła śmigłowiec, bo akurat byli w pobliżu Krościenka. Witek i Zawisza lecą. 
  • Suuuuper, cieszę się niezmiernie.  Też pomyślałem o śmigłowcu. 
  • Niech się pan nie denerwuje, za trzy minuty będą na miejscu - uspokoiła go Krakuska. 
  • Jesteście niesamowici. Dziękuję. - Mężczyzna był poruszony, niemal bliski łez. 
  • Koleżanka uczy się na ratownika medycznego, a jej krewny jest naczelnikiem pogotowia górskiego. Łukasz Figła się nazywa. 
  • Łukasz Figła?  - podłapał zaraz mężczyzna. 
  • No tak - potwierdziła uśmiechnięta Krakuska.  
  • To przecież... jest mój kumpel z obozu zimowego w Cisnej. On jest naczelnikiem GOPR u? 
  • Na to wychodzi.  - Uśmiechnął się półgębkiem Jasiek.
  • Lecą już! - oznajmiła Justyna, gdy zauważyła na horyzoncie śmigłowiec lotniczego pogotowia medycznego. Już się do nich zbliżali. 
  • Jest dobrze proszę pana. - Janek unióśł kciuka do góry. 

Rozdział 23.1

Ochotnica Dolna - koniec maja 2018



Fot, Kasia Dudziak, 
widok na Trzy Korony oraz pas Pienin Właściwych z zielonego szlaku z Tylmanowej na Lubań


  • Nie dyskutuj ze mną Dawid, bo tylko tracisz czas. Ja nie jestem twoją ukochaną  Krysią i nie popuszczę ci - mówił wkurzony Figła. Stał przy kuchence i pilnował zupy pomidorowej, która powoli dochodziła na malutkim gazie. - Możesz zapomnieć o konikach do przyszłego tygodnia. 
  • Wujek odpuść no. - Syn Justyny stał w kącie koło okna i patrzył na niego bykiem. Nagle przestało być zabawnie, bo wkurzył wujka naczelnika i to na fest. Teraz może już tylko pomarzyć o wyjściu na konie. 
  • Cicho chłopcze. - Odwróciwszy się  do młodego spojrzał nań srogo. Miał już dość jego numerów, dość jak na jeden dzień. 
  • Nie mów do mnie chłopcze okej? - Chłopiec wytarł brudne rączki w czystą bluzę z kapturem z nadrukiem ze Star Wars (obrazek przedstawiał całą ekipę z czwartej części sagi). Wcześniej malował farbami. Jasne ogrodniczki też miał uwaloną zieloną farbą, policzki również. 
  • Czemu nie? - zdziwił się naczelnik. 
  • Bo to wieśniacko brzmi - bronił się  naburmuszony Dawid. 
  • Że jak przepraszam? - O mało się nie poparzył gorącą kawą, którą przed chwilą sobie zrobił. - Żeś wymyślił teraz. 
  • Wieśniacko - odparł Dawid i rzucił mu szelmowskie spojrzenie. - Wujek Rafał też tak uważa 
  • Pierwsze słyszę, żeby to było po wieśniacku. - Figła pokręcił głową, a potem wziął ścierkę i zaczął nią ścierać blat koło kuchenki. - Z resztą... jak by nie było  synku to przecież ty mieszkasz na wsi. 
  • Wiesz co wujek? To było nawet śmieszne jak wychodziłeś przez to okno z mojego pokoju - zauważył młody Orzecki. - Pan Pilka strasznie się śmiał. Chyba pomyślał, że się pali u nas.
  • Poszedł do tego kąta, już! - skrzyczał go pozbawiony resztek cierpliwości Łukasz. Palcem wskazującym pokazał mu kąt. Gdy mały go nie posłuchał złapał za szmatę wiszącą koło lodówki i postraszył. - Już powiedziałem! 
  • Dobla, dobla, idę. - Młody wrócił  do kąta i oparł się pleckami o ścianę.
  • Uważasz że to było zabawne? - spytał rozzłoszczony Figła. 
  • Dla Ciebie pewnie nie, ale niektórzy boki zrywali. Jutro będziesz bohaterem Głosu Ochotnicy.  
  • Dawid!!! - W Łukaszu się zagotowało. Nigdy by go nie uderzył, ale teraz ledwo się powstrzymywał żeby go nie trzepnąć po łapach. 
  • No co nie chcesz być sławny? - Patrzył na Figłe z ukosa.
  • Dość tego Orzecki. Masz kolejny tydzień szlabanu na konie - oświadczył  surowo naczelnik. 
  • Nieeeeeee - zapiszczał Dawid i złapał się oburącz za głowę. Nagłe zrozumiał, że żarty naprawdę się skończyły.  - Tylko nie to, błaaaaagam. 
  • Cichoooo. - Figła ruszył w stronę stołu, w ręce trzymał pełną szklankę.  
  • Dobra przeprasam. Wiem, że przegiąłem z tym kluczem. Już nie będę taki tylko mnie weź na te konie... Dobra? 
  • Zapomnij - rzucił do małego, a ten spojrzał na niego błagalnie, jak zbity pies. Był bliski płaczu.  - Te twoje słodkie spojrzenia działają tylko na ciocie Kynie i babcie. Ja jestem surowy wujek Łukasz i nie ze mną te numery. 
  • Nieee, nieeeee. - Chłopak zaczął tupać nogami. 
  • Było nie rozrabiać... sir. - Powiedziawszy to Figła puścił mu oko. - Lordowie tak nie fikają jak ty.
  • Nie masz serca dla małego lorda. - Mały Orzecki założył ręce na piersi i spuścił glowę. Przydługawa grzywka przykryła mu oczy co go bardzo wkurzało więc szybko oďgarnął ją na bok. 
  • Niesamowite. - Łukasz szeroko się uśmiechnął i znów pociągnął kilka łyków kawy. Był z siebie zadowolony że udało mu się dopiec temu łobuzowi. Szlaban na konie był dla Dawida najgorszą karą. - A czy lord miał serce, gdy zamykał mnie w pokoju na klucz, który następnie złamał ... No co? 
  • Będę się darł, tak głośno, że mnie usłyszą w kościele w Ochotnicy Górnej - zagroził zły pięciolatek.
  • Śmiało, śmiało, nie krępuj się. - Łukasz pomachał ręką w geście aprobaty. - Niech cię w Tylmanowej usłyszą. 
  • Jesteś tego pewny? 


  • Kogo tu znów niesie - odezwał się, gdy usłyszał głośne pukanie do drzwi. Odłożył filiżankę na podstawkę leżącą na stole i leniwie podniósł się z krzesła. Pukanie było tak uporczywe i głośne, że aż działało mu na nerwy. Nim doszedł do drzwi nasiliło się kilkakrotnie. - A to pani...  dzień dobry. 
  • O pan naczelnik, jak miło, a ja do Henka przyszłam. Sprawę mam - powitała go Wasiakowa i czym prędzej wepchała się do środka, a on chwilę tkwił przy otwartych drzwiach. Była wysoką kobietą lekko otyłą o włosach w kolorze ciemnego miodu  spiętych w koka. Z twarzy przypominała Małgorzatę Linde z książek o Ani z Zielonego Wzgórza, zaś z usposobienia podobna była do tej okropnej Bukietową z serialu "Co ludzie powiedzą?"...  Albo jeszcze gorzej. 
  • Heńka nie ma. Jest z mamą w Zawoi - zawołał za nią, a potem zatrzasnął drzwi i poleciał za nią do kuchni. Wasiakowa zdążyła się już rozgościć, oczywiście zajęła jego miejsce przy stole. Po drugiej stronie siedział Dawid i bardzo uważnie jej się przyglądał. Uwielbiał badać nowych gości tego domu swoim czujnym pełnym rozbawienia spojrzeniem. Niektórych bardzo to peszyło. 
  • A to nic, zadzwonię sobie potem do pana mamy na komórkę i z nią pogadam. - Powiedziawszy to odwróciła głowę i pochwyciła ciekawskie spojrzenie syna Justyny. - O rety, jaki ty jest śliczny kawalerze. - Uśmiechnęła się do niego najszerzej jak potrafiła w nadzei, że mały odwzajemni uśmiech, ale ten pozostał niewzruszony.
  • Ja  wcale nie jestem śliczny. - Orzecki strzelił do niej głupią minę. 
  • Nie, a jaki? - spytała Wasiakowa patrząc na małego z zaciekawieniem.
  • Ja jestem ośniewająco psystojny - oznajmił śmiertelnie poważny pięciolatek.
  • Mówi się olśniewająco przystojny - poprawił go Łukasz. 
  • Zabójczo przystojny - podkreślił Dawid. Był okropnie z siebie zadowolony. 
  • No coś podobnego. - Wasiakowa przerzuciła pełne zdumienia spojrzenia na Figłe. 
  • Czemu pani tak na mnie patrzy? - spytał Łukasz, którego karcący wzrok tej kobiety świdrował na wylot. - To nie jest mój syn. 
  • Ma pan za to uroczą córeczkę. - Mówiąc to syczała jak wąż i celowała w niego wskazujący palec.
  • Do czego pani znów pije? - Naczelnik gniewnie zmarszczył brwi. Nie cierpiał tej wrednej  wścibskiej baby. 
  • Córeczkę,  która szlaja się po wsi z tym huliganem i robi... 
  • Szlaja się?  Moja córka się  szlaja? -  uciął jej zdenerwowany Figła. - Z kim niby?  
  • Dziś  przyłapałam tą pana Sylwie i tego Doriana pod plebanią jak się macali i całowali... w bardzo ciekawej pozycji... na ławeczce. 
  • O kurwa mać - zaklął półgłosem zszokowany Figła i z automatu pacnął się prawą dłonią w czoło.  Teraz to już wrzało w nim, gotowało to za słabo powiedziane. 
  • Wujek powiedział kurwa mać. - Dawid zaczął się histerycznie śmiać. Mało brakowało,  a zaczął by się tarzać po podłodze. 
  • Pięknie, brawo! - wyrzuciła z siebie oburzona Wasiakowa. - Ładnie go pan szkoli. 
  • To nie tego wujka podsłuchuje. - Młody uśmiechnął się rozbrająco.
  • O matko boska. - Przeżegnała się. 
  • Jezu przepraszam. To ze zdenerwowania - tłumaczył się rozgoraczkowany Łukasz.  - Naprawdę nie chciałem tak bluzgać. 
  • Ależ oczywiście panie Łukaszu. Ja wszystko rozumiem. - Podniosła się gwałtownie z krzesła i z dumnie uniesioną głową ruszyła w stronę wejścia.
  • Idzie pani już? - Chłopiec zszedł z krzesła i od razu pobiegł w kierunku drzwi. 
  • Dawid wracaj do kąta - polecił mu Figła, ale młody udał że nie słyszy. 
  • Chciałeś mi jeszcze coś powiedzieć? - zwróciła się  na odchodnym do Orzeckiego. 
  • Wujek Rafał mówi, że jest pani dziwną ograniczoną umysłowo kobietą i że wywiozą panią na taczkach do chlewika... 
  • Coś ty powiedział mały paskudniku? - Wzburzona Wasiakowa aż poczerwieniała ze złości. Niewiele brakowało żeby zabiła wzrokiem osłupiałego z wrażenia naczelnika.  - Kruca fuks! 
  • Do cholery Orzecki ucisz się wreszcie bo ja ciebie zamknę w chlewiku. - Wyprowadzony z równowagi Figła złapał syna Justyny za rękę i siłą zaciągnął do pokoju babci Jasi. Kiedy już zamknął drzwi i posadził pięciolatka na wersalce powiedział ostrym tonem. - Zostaniesz tu i nie ruszysz się stąd przez dwadzieścia minut, rozumiesz? Przegiąłeś synek i to na fest. 
  • Ale ja tu umrę z nudów. - Młody znów się naburmuszył. 
  • To nie trzeba było jej opowiadać takich głupot. - Łukasz gwałtownie machał rękami jakby to miało mu pomóc się uspokoić. Już dawno nikt mu tak nie podniósł ciśnienia jak nawiedzona Wasiakowa... A żeby tego było mało to jeszcze  Sylwia z tym swoim chłopakiem...  Ale bigos. 
  • Ale wujek, to nie ja to wymyśliłem - usprawiedliwiał się synek Justyny. - Ja tylko usłyszałem rozmowę wujka i cioci Kyni. 
  • Ale nie musiałeś tego powtarzać pani Wasiakowej Dawid - tłumaczył chłopcu Figła. Z nerwów rozbolała go głowa. - W ogóle nie możesz mówić obcym  ludziom takim rzeczy bo tylko szkodzisz swoim bliskim, a to nie jest okej. Poza tym nie tak cię wychowywujemy żebyś  się w ten sposób odzywał do starszych. Ogarnij się chłopaku. - Przyłożył sobie dłoń do czoła i trzymał tak przez dwie minuty.  
  • Przepraszam. - Dawid mówił cicho. Jeszcze nigdy nie dostał od Łukasza takiej ostrej reprymendy więc czuł się zdrowo skarcony. - Nie gniewaj się już. 
  • Czy ty wiesz co ta pani zrobi teraz twojemu ulubionemu wujkowi... Rafałowi? - zapytał patrząc z góry na zawstydzonego pięciolatka. Stał przy wielkim oknie, a w pobliżu była wersalka babci, na której grzecznie siedział mały Orzecki i pilnie się w niego wpatrywał. 
  • Wiem... zrobi mu z tyłka jesień średniowiecza - odparł Orzecki już nieco śmielej 
  • Żebyś ty chociaż wiedział co to znaczy. - Łukasz pokręcił głową, a potem nagle zaczął się śmiać. Słowa tego łobuza nawet go rozśmieszyły... Te taczki też były trafione mimo, że powtórzył to za Rafałem. Najchętniej sam by tą Wasiakową gdzieś wywiózł na taczkach. Jak najdalej od Ochotnicy. 
  • Poszła sobie, widzisz? - powiedział ucieszony Dawid, gdy dotarł do nich odgłos zatrzaskujących się drzwi.  - Mogę już wyjść. 
  • Ani mi się waż. Zostajesz tu na dwadzieścia minut. - Nie zamierzał odpuszczać Dawidowi. Ktoś musi go w końcu utemperować. 
  • Eeeeej no. - Obrażony łobuz odwrócił się do niego plecami.
  • Cholera, moja zupa! - przypomniał sobie Figła. Prędko otworzył drzwi i pognał do kuchni. 

Dziękuje serdecznie za czas na lekturę, odwiedziny i komentarze.

Do zobaczenia pod Durbaszką :





poniedziałek, 17 czerwca 2019

Z cyklu Kasine pisanie : Idąc pod prąd cz. 5

Rozdział 5 

Ochotnica Dolna - Lubań  - Kotelnica


  • Nieeee, nieee, nieee - powtarzał w kółko załamany Janek. - To się nie dzieje naprawdę. Nieee 
  • Właśnie, że tak - powiedział napastnik tonem pełnym jadu.
  • Coś ty... kurwa zrobił? No co? - Wzburzony Calvin zwrócił się do omotanego nienawiścią gnojka, który przed chwilą strzelił Rafałowi w udo, a teraz polerował lufę kawałkiem koszulki.  Głos Anglika drżał, a emocje hulały w nim na całego. Patrzył przed siebie, żeby nie widzieć powiększającej się plamy krwi na nodze przyjaciela. O ranie ciętej brzucha wolał już nie myśleć... Czy mógł zrobić cokolwiek, żeby go ocalić ? Obaj z Jankiem znaleźli się nagle w fatalnej sytuacji. Niemal bez wyjścia. Jak mogli teraz pomóc Rafałowi, skoro ich życie również było zagrożone? Jakie Rafał miał szanse na przeżycie w tym stanie? Zerowe - brzmiała odpowiedż. 
  • Nie odwracaj się, bo ci rozwale łeb! - pogroził Anglikowi. 
  • Zastanów się co robisz. Jeśli nasz kumpel szybko nie otrzyma pomocy to umrze, a wtedy będziesz go miał na sumieniu. - Calvin próbował odwrócić głowę i spojrzeć napastnikowi w twarz. Już się go nie bał. 
  • Stul pysk! - nakazał Calvinovi. Był rozwścieczony. - Gadasz jak pierdolony psycholog, a mnie to doprowadza do szału. 
  • Możesz się jeszcze wycofać i uniknąć dalszego bezsensownego rozlewu krwi. Kapujesz? - Anglik prawie warczał kiedy to mówił. - Wykorzystaj tą szanse, dobrze ci radzę. Po co ci wyrok za zabicie trzech facetów? Wiesz ile za to dostaniecie? 
  • Powiedziałem zamknij mordę! - wrzasnął na całe gardło rozjuszony bandzior. Docisnął lufę do skóry na szyi Calvina, mocniej, aż zrobiła się czerwona. 
  • Zostaw go ty parszywy skurw...! - wrzasnął rozjuszony Janek, a następnie kopnął szumowinę z całej siły w łydkę. Tamten zatoczył się do tyłu i prawie upadł, ale wciąż trzymał broń w dłoni. Jasiek zdecydował się na kolejny ruch. Pchnął go z całej siły do tyłu, wkutek czego  zbir upadł  twardo na plecy, a glock wypadł mu z ręki. Janek szybko złapał jego klamkę, po czym zamachnął się i rzucił ją daleko przed siebie. Jeden problem mieli z głowy. 
  • O kurnaaaa!!! - Napastnik spróbował wstać, ale nie mógł, bo zataczał się  jakby był pijany. Kręciło mu się w głowie po upadku. W końcu dotarło do niego, że  stracił nad nimi przewagę. 
  • Nie ruszaj się gnoju, bo cię kurwa zabije! - krzyczał Janek celując w niego palcem. - Leż albo pożałujesz! 
  • Janek uważaj, tam jest drugi kretyn... za drzewami! - ostrzegł go Calvin. Wskazywał palcem miejsce, w którym przed sekundą zauważył  bandytę, teraz krył się za drzewami. Potem Calvin odwrócił się do Janka. Ich wystraszone spojrzenia się spotkały. - Może mieć nóż. 
  • I co zabijecie mnie teraz matoły? - drwił z nich leżący na ziemi napastnik. Źrenice miał przekrwione, a na ustach malował się szyderczy uśmiech.  
  • Nie no co ty! Oddamy cię w łapy glinom. Nie będziemy sobie paprać rąk zabijaniem takiego ścierwa jak ty! - odparł Calvin patrząc na niego pełnym nienawiści spojrzeniem. -  Nie jesteś tego wart!!! 
  • Właśnie. Nawet śmierć to dla ciebie słaba kara za to zrobiłeś Rafałowi - rzucił do niego Janek, a następnie przycisnął go nogą do ziemi. Za Rafała gotów był mu wyrządzić dużo większą krzywdę. A tak naprawdę to sam siebie teraz nie poznawał. Już dawno tak strasznie nie przeklinał. To co im się przydarzyło przeszło jego najśmielsze oczekiwania.  

  • Aaaau! - wrzasnął tamten i aż podskoczył. Ciężki but Janka o mało nie zgniótł mu żeber.  
  • Morda w kubeł!!! - rozkazał mu Calvin. Anglik pilnował, żeby ten bandyta nie podnosił się z ziemii.
  • Hej wy, zostawcie go albo ktoryś z was znowu oberwie! - zażądał łysol w dresie, zauważony wcześniej przez Anglika. Szedł w ich stronę pewnym pospiesznym krokiem ściskając w ręce niewielki pistolet. Trzymał broń pewnie, nie tak jego dupkowaty kumpel. - Słyszeliście polecenie? Macie go puścić! 
  • Bujaj się oszołomie! - Janek z trudem się hamował, żeby się na niego nie rzucić.
  • Janek, zważaj na słowa, bo jak go rozjuszysz, to on nas wszystkich odstrzeli. - Calvin spoglądał to na Janka to na tego gnojka leżącego na ziemi. Miał wątpliwości co robić.  Jeśli pozwolą mu wstać i odejść, narażają się na ponowny atak ze strony obu typów,  jeśli nie ten drugi ich powystrzela. Szach mat.
  • Pozwólcie nam odejść to nic wam się nie stanie. Wezwiemy to wasze zasrane pogotowie, żeby zdjęli stąd waszego kumpla i odstawili na dół. Deal? 
  • Ty bezczelny skurwielu! - krzyczał ogarnięty furią Jasiek. - Mogłeś go zabić na miejscu! I tak niewiadomo czy przeżyje. Czas leci, a on stracił masę krwi. 
  • Zamkniesz się w końcu czy chcesz stracić łeb? - zwrócił się do Janka łysy dresiarz. 
  • Jasiek, proszę...  - Calvin patrzył na przyjaciela błagalnie. Widział,  że Janek jest na fest wyprowadzony z równowagi. Już nie panował nad słowami ani nad emocjami.  
  • A jaką mamy gwarancję, że jak im odpuścimy to nic nam nie zrobią? No jaką?  - Jasiek zwrócił się do Anglika. Mówił głośno, a mowie towarzyszyła gwałtowna gestykulacja.
  • Żadną, ale wiesz... kto nie ryzykuje w kozie nie siedzi. Znasz to przysłowie? 
  • Ja pierdole Calvin, co cię tak nagle wzięło na cytowanie jakichś pieprzonych polskich przysłów?  Tylko mi nie mów, że to też szkoła Rafała. 
  • To jak będzie? Odpuszczacie czy nie? - Ten Łysy patrzył na nich złowrogo, a przygnieciony do ziemi zbir syczał z bólu. Ze ranionej nogi sączyła się krew. 
  • Odpuszczamy - odparł Anglik patrząc łysemu w oczy. Potem przerzucił spojrzenie na przyjaciela i powiedział do niego. - Puść go Jasiek. 
  • Niech wam kurwa będzie! - powiedział Janek i zdjął nogę z klatki piersiowej leżącego zbira. Następnie odsunął się na bok, Calvin też. Łysy pomógł swojemu kumplowi wstać, bo tamten nadal nie był w stanie wstać o własnych siłach. - A teraz spierdzielać mi z oczu! I to już... Bandyci!  - Janek chciał ich pogonić, ale Calvin złapał go za przedramię i zatrzymał. 
  • Jasiek zwariowałeś?  On dalej ma przy sobie nabitą broń. 
  • Nie ruszacie się z miejsca do czasu aż nie będziemy jakieś pięć kilosów od was, zrozumiano? - zarządził Łysy. 
  • Wynocha stąd! - rzucił do nich Janek, a następnie splunął na ziemię pod ich nogami.
  • No to sobie poczekacie teraz aż ktoś się zlituje nad wami. Narazie. - Łysy  dosłownie promieniał radością. Taki był rozbawiony, że ho ho. Jego kumplowi za to wcale nie było do śmiechu. 
  • Zaraz ... nie wezwiecie do nas pomocy? - spytał ożywiony na nowo Calvin. W oczach miał przerażenie. Co będzie z Rafałem jeśli GOPR nie przybędzie im na pomoc? - Nasz kumpel może się się wykrwawić. Nie stać was nawet na to, żeby wezwać pomoc? 
  • Może jak będziemy na dole - odparł i roześmiał się znowu. Widać bardzo go bawiło to w jakiej sytuacji się znaleźli. - Jak nie zapomnimy, nie Misiek? 
  • Pozabijam Was! - krzyczał wstrząśnięty Jasiek. 
  • Uspokój się stary.  Nie możemy ich teraz dopaść... Wiesz o tym.  - Calvin z  ogromnym trudem zatrzymał przy sobie Janka, który chwilę później opadł na ziemię,  ukrył twarz w dłoniach i rozpłakał się. Ze wściekłością patrzył na oddalajacych się zbirów. Równie mocno jak Janek pragnął ich dopaść, ale wiedział, że teraz to ostatnia rzecz jaką mogą zrobić. Trzeba było próbować coś zdziałać z Rafałem, choć szanse na uratowanie mu życia mieli raczej zerowe. - Janek no...
  • Odwal się ode mnie. - Janek starł łzy brudną od ziemi ręka, która zostawiła ślad na jego twarzy, pod okiem i na policzku.
  • Rozumiem cię Jasiek, naprawdę. Chętnie sam bym ich zarżnął za to co zrobili, ale teraz... Nic nie możemy zrobić. - Calvin złapał się za głowę. Ból pulsował mu w skroniach jak zwariowany. Obrócił się w stronę Rafała, który powoli odzyskiwał przytomność. Coś tam majaczył niezrozumiale... Wyraźnie  dawał do zrozumienia, że chce im coś powiedzieć. - Rafał, co jest, hej. - Anglik natychmiast przystąpił do rannego przyjaciela. - Rafał trzymaj się.
  • Co my teraz zrobimy bez tych komórek?  Przecież wiadomo, że oni nie wezwą  do nas GOPR u... Za dużo ryzykują. - Janek właśnie wstawał z ziemi. Podniósłszy się do pionu zbliżył się do kumpli. Jego plecak leżał pod drzewem. Przypomniał sobie, że miał wyciągnąć z niego drugi ciemny polar, którym mieli z Calvinem uciskać ranę na brzuchu Rafała. Wyciągnął go w końcu i podał Anglikowi. - Masz uciskaj ile się da. 
  • Chło... paki... co się zeeee... mną dzie... jeee? Cze...czemu taaaa... tak mnie boli noga? - Rafał cały się trząsł z zimna. To było normalne, gdyż stracił masę krwi. Był biały jak ściana na twarzy, kończyny miał zziębnięte. 
  • Dostaleś w nogę Raf - odparł Calvin przyciskajac ranę na brzuchu. Rafał zasyczał z bólu. - Ten drugi gnój strzelił ci w udo po tym jak... Nieważne. Istotne jest to, że jesteś poważnie ranny i wymagasz natychmiastowej hospitalizacji, ale... 
  • Noooo to cze... mu nie dzwoooo... nicie po naszych? Kurwa jak mi zimno. - Gdy mówił dzwoniły mu zęby. Czuł się potwornie źle.  Nie przestawał się trząśc z zimna.
  • Zabrał nam komórki... ten drań co mu chciałem pomóc - wyjaśnił Janek. Gdy zobaczył stan nogi przyjaciela zrobiło mu się słabo. Rzucił się na stojącą nieopodal brzozę i zaczął wymiotować. -  Boże, co się ze mną dzieje? - pytał sam siebie. Nieraz bywał w podobnych opałach, opatrywał najróżniejsze rany i nic takiego się z nim nie działo.
  • Janek co z tobą ? - zdziwił się Calvin. 
  • Zajebiście. - Powiedziawszy to Rafał pociągnął nosem. Nie starał się już podnosić, wiedział czym to grozi. -  To... teraz możemy tu do nocy siedzieć i czekać. Aaaauuuu! 
  • Spokojnie, oddychaj głęboko.- Anglik kolejny raz przycisnął materiał do rany. 
  • Delikatniej trochę! - krzyknął Rafał. Jego twarz wykrzywiał grymas bólu. 
  • Delikatność jest dla panienek Raf, a ty musisz być teraz twardy rozumiesz? 
  • Kij ci w bary Cal Angolu - powiedział wkurzony Rafał.
  • Wzajemnie Polaczku. A teraz cicho bądź i skup się! - Jedną ręką uciskał ranę, a drugą odgarniał lecące mu do oczu włosy. Dosłownie przed momentem ruszył się silny wiatr. 
  • Nieee mogę , nie mam... - Rafał znów był bliski omdlenia. - Już siły. 
  • Cal on znowu odpływa, patrz - zauważył zaniepokojony Janek. - Cholera Raf! 
  • Jasiek, zostań z nim. Ja idę na dół po pomoc. Inaczej... - Anglik starł spocone czoło rękawem kurtki. 
  • Nie, ty nie, bo się zgubisz się. To ja zejdę, a ty tu zostaniesz z Rafałem i poczekacie na pomoc.
  • Ale co Jasiek? Że niby ja... nie trafię tą samą drogą, którą żeśmy przyszli. Weź nie chrzań głupot. - Wzburzony Calvin podniósł głos. 
  • Cal zrozum,  nie opłaca nam się już tam wracać. Za daleko... 
  • Aha. - Calvin zmierzył przyjaciela lodowatym spojrzeniem. 
  • Posłuchaj mnie stary, nie chce się przechwalać, ale tak się składa, że...  ja jako ratownik górski z konieczności znam tu wszystkie szlaki i chyba nie muszę dodawać, że znam je bardzo dobrze, więc prędko obrócę. W Gorcach łatwo się zgubić, a jak się nie zna terenu to można się kręcić w kółko bez końca. Nawet miejscowi potrafią się tu zgubić.
  • No jasne.  Nie śmiem z tobą dyskutować bratku.  - Calvin pokiwał głową.  Naburmuszył się odrobinę, jednakże szybko mu przeszło. - Już rozumiem. Dobrze.
  • Polecę szybko do najbliższej wioski i sprowadzę pomoc. Tak szybko jak się da!  - obiecał Janek po czym zdjął z siebie kurtkę z zamiarem oddania jej Rafałowi. 
  •  Ile ci to zajmie? - zapytał Calvin patrząc na Janka z ukosa.
  • Godzinę, może mniej... Weź go opatul moją kurtką, bo się wyziębi do reszty. - Janek podał Anglikowi kurtkę, a następnie zapiął plecak i założył go. - No to lecę,  trzymajcie się tu jakoś. 
  • Rafał nie poddawaj się , nie możesz... - Calvin potrzasnął nim dwa razy, żeby go trochę otrzeźwić. - Rafał słyszysz mnie? - Z przerażeniem stwierdził, że przyjaciel jest coraz słabszy i przestaje kontaktować. 
  • Maaa... am to w dupie Cal... Naprawdę. - Rafał z trudem walczył z osłabionym przez ból umysłem. Wiedział, że Calvin chce dla niego dobrze, a mimo to był na niego wściekły, że nie pozwala mu odpłynąć w niebyt. Miał dość. Ból był straszny, wykańczał go. 
  • Hej ty, przestań mi tu głupio pierdolić i ogarnij się! - Zrozpaczony stanem Rafała nadal usilnie starał się go utrzymać w ryzach. Ani myślał mu odpuszczać.  Nigdy mu nie odpuszczał. - No już stary wracaj!!! - Wreszcie Anglik nie wytrzymał i walnął go z całej siły w twarz, lecz to nie pomogło, Rafał coraz bardziej zapadał się w nicość. Calvin poczuł srogą bezsilność. Był bliski załamania. Co ma do cholery robić? Jeśli on tu przy nim zejdzie... Nie, nie zejdzie, nie zrobi mu tego. - Niech to szlag trafi!!! 

Polar Janka, którym Calvin uciskał mocno krwawiącą ranę na brzuchu Rafała jeszcze nie przemókł, więc Anglik na chwilę odzyskał wiarę w to, że może przyjaciel dożyje do przybycia pogotowia górskiego... Albo chciał w to wierzyć... W coś przecież musiał wierzyć, żeby tu  nie zwariować. Czuł się cholernie osamotniony, a do tego przerażony, choć przy kumplach zgrywał twardego. Widział, że rana w nodze wygląda równie fatalnie co ta cięta na brzuchu. Ją też uciskał ile był w stanie. Wszakże wysiłek ten strasznie szybko go zmęczył i musiał na chwilę przestać. Oczy miał mokre i zaczerwienione od łez. Tak, płakał, chociaż po cichu. Ta potwornie trudna do okiełzania sytuacja, w której się znaleźli rozwaliła go psychicznie, nie dało się ukryć. Nawet dla niego, doświadczonego psychologa było to zdecydowanie za dużo. Wstał na chwilę z ziemii żeby złapać kilka głębokich oddechów, bo zapach krwi zaczął go mulić. Wtedy nagle odezwał się ból w klatce piersiowej i omal nie zwalił go z nóg. Był nieznośny. Anglik oparł się plecami o pień buka i znów podjął walkę... tym razem o siebie. Janka już nie było widać, zniknął całkiem z pola widzenia. Tak więc został sam z ciężko rannym przyjacielem, a teraz w dodatku sam potrzebował doraźnej pomocy. Co gorsza poczuł, że zaraz i on odpłynie. Chwilę potem stracił przytomność.




  • Hej młody, halooo, ocknij się. Co ci jest? Słyszysz mnie? - Mówił do niego całkiem obcy mężczyzna w wieku pięćdziesięciu lat, odziany jak typowy turysta z doświadczeniem. Był chudy, średniego wzrostu, włosy miał króciutkie, delikatnie posiwiałe i łagodne rysy twarzy pokrytej lekkim zarostem. Z resztą dobrze mu z oczu patrzyło. - Boli cię coś, powiedz mi? 
  • Kim... pan jest? - spytał wystraszony Calvin. Dopiero co odzyskał przytomność. - Gdzie... jest Janek?  - Zapomniał, że Janek poszedł po pomoc.
  • Jestem lekarzem, pomogę wam. Spokojnie - uspokoił go znieznajomy. - Powiesz mi co ci się dzieje?
  • Już mi przeszło, ale... wydaje mi się, że miałem zawał serca - odparł Anglik i zaczął strasznie kaszleć. Wciąż odczuwał ogromne duszności. Kręciło mu się w głowie.  
  • Zawał mówisz? - zaczął lekarz. Wpatrywał się w Anglika zatroskany. Wolał żeby to jednak nie był zawał. Szkoda mu było faceta, taki młody. -  No dobra to powiedz mi teraz dokładnie jakie miałeś objawy? Muszę wiedzieć jak postępować. 
  • Jakie objawy...? - Calvin nie zrozumiał polskiego słowa objawy. 
  • No wiesz symptomy wskazujące na zawał.. Czułeś może silny, narastający ból w klatce piersiowej, ból pleców w okolicy łopatki, zawroty głowy, kołatanie serca? 
  • Duszności i ból w piersi...  okropny ból. Momentami nie mogłem tchu złapać.
  • Ej Jacek, widziałeś tego?- Drugi mężczyzna towarzyszący lekarzowi wskazał na leżącego w trawie Rafała. Był w wieku swojego kolegi, również siwy, lecz wyższy i lekko przy kości, ubrany w dwuczęściowy kombinezon w barwach moro. - Facet jest poważnie ranny i nieprzytomny... Stan fatalny z tego co widzę.
  • O kurde, serio? - Lekarz spojrzał na kolegę, który kłęczał przy rannym i przyglądał się uważnie jego ranom. Na jego twarzy malował się głęboki niepokój. 
  • Jedna rana cięta w okolicach brzucha, druga w udzie od postrzału... Szczerze mówiąc to...  nie wiem czy on się z tego wyliże... 
  • Dzwoń po Gopr Mirek, szybko! - polecił Jacek i czym prędzej podszedł do nieprzytomnego Rafała. Następnie przykłęknął na jedno kolano i pochylił się nad nim. Pierwsze co zrobił to zbadał mu puls. - Słabo z nim cholera. Oby dożył do przybycia GOPR u. Pewnie stracił przytomność bo tak go bolało. 
  • Już się robi staruszku. - Mirek od razu sięgnął do kieszeni po komórkę .
  • Rafał nie może... umrzeć... Zróbcie coś... błagam - wymamrotał załamany Calvin. Obraz przed oczami wciąż miał zamazany, do tego raziło go słońce. Przymknął oczy.  Twarz i dłonie ubrudzone miał krwią Rafała. 
  • Co tu się stało?  Czemu twój kumpel jest w takim stanie? - zapytał  Jacek.
  • Zaatakowało nas... takich dwóch gnoi. Byli uzbrojeni po zęby. Nasz kumpel Janek, którego tu nie ma chciał udzielić pomocy jednemu z nich, bo jest ratownikiem górskim, ale ten debil nie dał się tknać... Oczywiście udawał, że ma złamaną nogę, bo potem jakoś wstał i przylazł tu do nas... - Calvin uciął wypowiedź, żeby wziąć głęboki oddech. Nawet mówienie sprawiało mu teraz wielki problem. 
  • Nie męcz się. Jeśli nie możesz, nie musisz teraz nic mówić. Oddychaj głęboko. - Jacek zerkał na Calvina, który powoli przemieszczał się w jego kierunku. Musiał się trzymać  drzew kiedy szedł. Jacek cały czas zajmował się Rafałem.  
  • Ten zbir, co udawał złamanie strzelił Rafałowi w udo, bo sprowokowały jego gadki, a później wymierzył lufę  we mnie... W końcu zabrał nam telefony, więc nie mogliśmy wezwać pomocy. Sprawiał wrażenie niezrównoważonego  psychicznie. Może coś ćpali przedtem... Wszystko zaczęło się od tego, że kumpel tamtego, co strzelał, łysy gość w dresie, dzgnął Rafała nożem. Nie widzieliśmy z Jankiem tego momentu. Dopiero jak Rafał wrzasnął zorientowaliśmy się, że ktoś go zaatakował. 
  • Niezłe z nich skurwysyny - powiedział rozłoszczony Mirek. Trudno mu było uwierzyć w to co usłyszał z ust Anglika. Jak żyje te pięćdziesiąt lat to jeszcze nie słyszał, żeby w jego ukochanych górach działy się taki - Skąd się tacy biorą to ja nie wiem. Jeszcze idą w góry, niewiadomo kurna po co!!! 
  • Mirek dzwońże już po ten GOPR kurna! - zdenerował się Jacek. Wreszcie sięgnął do plecaka po litrową butelķę wody, żeby dać ją osłabionemu Anglikowi. W następnej kolejności wyjął z niego podręczną apteczkę.
  • No przecież dzwonie, nie widzisz? - odgryzł się wkurzony Mirek. - Czekam na sygnał. - Po tych słowach oddalił się od nich na jakieś dziesięć metrów. - Halo pogotowie, tu major Mirek Przegrzeba, dzwonię ponieważ pilnie potrzebujemy waszej pomocy. Jesteśmy z kolegą na czerwonym szlaku wiodącym na Lubań, a dokładniej przy podejściu na Kotelnicę. Znaleźliśmy tu dwie osoby wymagające szybkiej  hospitalizacji...  Zostali napadnięci przez dwóch uzbrojonych i jednocześnie naćpanych łebķów... Z tego co słyszę zachowywali się bardzo agresywnie... Jedna z ofiar jest nieprzytomna, ma ranę ciętą brzucha i kule w nodze, a druga jest z podejrzeniem zawału. Mój kolega lekarz właśnie udziela pierwszej pomocy... Tak... Owszem... Czy  oddycha? Chwileczkę, zaraz spytam kolegę. Jacek, czy ten chłopak oddycha? - zawołał do niego Mirek.
  • Oddycha... jeszcze oddycha - zapewnił Jacek. 
  • Mogę w czymś panu pomóc doktorze? - zwrócił się do Jacka Anglik. Mówił półgłosem.
  • Nie trzeba, dam radę... Dzięki. - Jacek poklepał Calvina po ramieniu. 
  • Może jednak...  - Brwi Calvina znacząco uniosły się do góry. 
  • Nie, nie, zajmij się lepiej sobą. Musisz teraz wypić tyle wody ile zdołasz bo wygląda na to, że się odwodniłeś - mówił do niego Jacek. - Zatrzymamy cię na obserwację i dokładnie przebadamy. Mam nadzieję, że to nie zawał. Ile masz lat jeśli mogę zapytać.
  • Trzydzieści siedem - odpowiedział Anglik. Przez moment wpatrywał się w niebo nad głową. 
  • Hmmm, jak dla mnie to jesteś trochę za młody na zawał. - Jacek potarł delikatnie zarośnięty podbródek. Zamyślił się. - Miałeś ostatnio jakieś większe stresy?  
  • Sporo - potwierdził Calvin. - A teraz jeszcze... to... Koszmar. 
  • Nawet gorzej bym powiedział.
  • Jestem Anglikiem. Jego rodzina gości mnie u siebie. Poznaliśmy się z Rafałem kiedy zaczął pracę tam, gdzie ja pracuje od wieków. Już szósty rok mieszka na stałe w Yorku. 
  • No to już teraz wiemy skąd ten ciekawy akcent i dlaczego nie wiedziałeś co znaczy słowo objawy. - Jacek uśmiechnął się półgębkiem.
  • Jakie on ma szanse? - spytał Calvin patrząc na Rafała. Był śmiertelnie poważny.
  • Niewielkie. Może gdyby wcześniej trafił do szpitala byłyby większe,  lecz w tej sytuacji... Przykro mi. 
  • Kurwa mać. - Calvin przygryzł wargę. To nie może się tak skończyć, nie może - przkonywał sam siebie. W jego niebieskich oczach na nowo zapaliły się świeczki.  
  • Jeśli on przeżyje to będzie cud, bo w takim przypadku jak ten... medycyna zwykle zawodzi... Wiem to aż za dobrze. - Jacek spuścił głowę. Przyszedł mu na myśl jego osiemnastoletni syn Czarek, który walczył o życie po ciężkiej dwunastogodzinnej operacji. Niestety zmarł dwie godziny po przewiezieniu go na Oiom. Miał  wypadek na motorze. To rzecz jasna tylko jego wina, bo zgodził się na ten pieprzony motor. Wstawił się za Czarkiem, gdy jego żona i teściowa protestowały. Gdyby je wówczas poparł syn nadal by żył, a on i Ela byliby razem. W chwili, gdy o tym pomyślał jego spojrzenie skrzyżowało się z zatrważającym, pełnym bólu  spojrzeniem Calvina. Czy on też kogoś stracił? 
  • Zaraz przylecą. Są niedaleko - powiadomił ich Mirek. - Trzeba wam w czymś pomóc?
  • Nie, spoko. - Lekarz pokręcił przecząco głową.  
  • Ja nie wierzę w medycynę - oznajmił Calvin z bólem w głosie. 
  • Ja też, nic a nic - przyznał Mirek. Powiedziawszy to  wyciągnął z kieszeni spodni paczkę fajek Thin Light oraz zapalniczkę. Zanim podpalił papierosa zapytał towarzyszy czy mają ochotę na fajkę. Odmówili. - To co będę tak sam kurzył.
  • Mam nadzieję, że złapią tych skurwysynów, bo jak nie to... - Calvin zacisnął dłonie w pięści tak mocno, że aż mu zbielały knykcie. 
  • Jak nie to my ich dopadniemy - oświadczył Mirek. - Nie odpuścimy tym bandytom, za cholerę! 
  • Za cholerę! - powtórzył Calvin, a chwilę potem usłyszał odgłos zbliżającego się do nich śmigłowca Goprowców. - Lecą do nas. Wreszcie. 
Ciąg dalszy nastąpi...