Proza, góry i muzyka
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szczecin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szczecin. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 sierpnia 2014

Trudny powrót do rzeczywistości



Ostatnio mam pewne trudności z pisaniem. Ze wszystkim właściwie. Jestem jakaś taka niemrawa, kompletnie nieogarnięta. Po powrocie z Sopotu chciałam coś dziabnąć na blogu, ale nie miałam siły. W Krakowie byłam w sobotę około godziny 17. Całą drogę powrotną prawie przespałam. Moja kumpelka Grażynka wysiadła w Łodzi, a dalej musiałam jechać sama. Żeby nie czuć się tak bardzo samotną zapuściłam na uszy muzykę francuską i zamknęłam oczy. Znów udało mi się zasnąć i obudziałam się dopiero w Katowicach. Obie byłyśmy tak skonane, bo nie spałyśmy od piątku -  dokładnie całą noc, cały dzień i znów całą noc. Po przyjeździe do mojego miasta nie pojechałam jednak prosto do domu gdyż chciałam się jeszcze zobaczyć z moimi koleżankami z fanklubu brunowego - Kasią i Asią. Bardzo mi zależało na tym spotkaniu, więc nawet się nie wahałam i pognałam na Rynek Główny. Spotkanie było niesamowicie miłe, mimo, że widziałyśmy się dopiero drugi raz, ostatnio na koncercie naszego ulubieńca Bruno Pelletier, jednak nic porozumienia już dawno się między nami nawiązała. Łączy nas wszystkie miłość do muzyki francuskiej, musicali i kina. Jak się okazało Asia podobnie jak ja pała niebywałą sympatią do  Hugh Lauriego, jego muzyki i nie tylko.  Razem czekamy na następny koncert Hugh w Polsce. Żeby nie szwędać się bez celu poszłyśmy sobie do kawiarni gdzie w przyjemnym chłodnym lokalu piłyśmy kawe i wymieniałyśmy wspomnienia z koncertu Bruno, a potem zdałam im obszerną relację ze spotkania z Garou i jego występu w Sopocie, a potem pokazałam im moje skarby. Na koniec zrobiłyśmy sobie wspólne zdjęcia dla upamiętnienia tegoż mini zlotu brunowego czy też zlotu Brunetek, bo fanki Bruno nazywają siebie Brunetkami. Niestety już po półtorej godzinie musiałam wracać do domu, bo mój mąż szedł do pracy na noc, a dzieci nie mogły zostać same. Obiecałyśmy sobie wszakże, że jeszcze nieraz się spotkamy. Brakowało na tym spotkaniu jeszcze kilku bardzo fajnych dziewczyn, no ale wszystkiego nie ogarniesz, choćbyś nie wiadomo jak chciał.
 
Po powrocie do domu byłam taka skonana, że nie czułam nóg, ale nie straciłam humoru. Przed oczami nadal miałam rozpromienionego Garou, a w uszach brzmienie jego głosu. Oszołomienie jeszcze nie minęło. Wszystko było jeszcze świeże i wydawało się takie nierealne. Ciężko jest ochłonąć po takim spotkaniu i wrócić jak gdyby nigdy nic do rzeczywistości. Szybko pozrzucałam zdjęcia na komputer i podzieliłam się nimi z dziewczynami. I tak znów zeszło nam do późna. Położyłam się po 1 w nocy. Rano było mi jeszcze ciężej tym bardziej że obudziłam się z bolącym gardłem i zapchanym nosem.... Taaaak, czułam że ta noc na dworcu w Gdańsku zemści się na mnie. Tyle dobrze, że była ze mną Grażyna i jakoś wypełniłyśmy sobie ten trudny czas oczekiwania. Dobrze mieć w takich chwilach kogoś takiego z kim można się powygłupiać. A głupawkę miałyśmy nieziemską chociaż było nam cholernie zimno, a toalety o zgrozo były nieczynne.... No i właśnie przypomniałam sobie ostatnią noc na dworcu w Szczecinie. Chociaż... tam był chociaż kibel czynny, a tu? No dobra... Przynajmniej miałyśmy do dyspozycji automat z gorącymi napojami ;) Grażynka może na ten temat powiedzieć coś więcej, ha ha ha. W każdym razie jakoś doczekałyśmy się na autobus, który podjechał o 6. Jak już ruszyliśmy tak zasnęłyśmy natychmiast.
 
Obiecuje, że teraz już będę częściej się pojawiać. Przyznaje, że ostatnio się troszkę zaniedbałam jeśli chodzi o pisanie bloga, ale ciężko dojść do siebie po takich emocjach. Aż się nie chciało z nim rozstawać, tak było miło, no ale niestety czas gonił, a po występie Garou musiał już wracać do Francji, bo za 2 dni rozpoczynał znów letnią trasę po festiwalach. Właśnie przedwczoraj miał koncert w Poitiers, a wczoraj w Narbonne. Moja koleżanka Angielka, która mieszka we Francji była tam i doniosła mi, że było super. Aż mi łezka pociekła, że mnie tam nie ma, ale cóż. Fajnie, że mogła tam być i cieszyć się Garou tak jak my ostatnio w Sopocie. Moim marzeniem jest też pojechać na koncert Wilkołaka do Paryża na przykład.

środa, 16 lipca 2014

Kilka słów pod poduchę i lulu

Ciężki dziś dzień. Gorąco, duszno, do południa nie było czym oddychać. W ogóle czuje się kijowo. Ledwo wstałam rano, bo wczoraj znów się zasiedziałam do późna czytając inne blogi. Poza tym dziś trzeba było odmrozić lodówkę, co jest czynnością przez mnie znienawidzoną. Lenka też marudziła dzisiaj jak najęta, Nie chciała się nawet na chwilę położyć po obiedzie tylko chodziła i o wszystko marudziła. I tak przez cały dzień. Posprzątać posprzątałam, chwilę odpoczęłam. Musiałam sobie trochu poczytać, bo dzień bez czytania dniem straconym. Po 16 wzięłam Lenkę i poszłyśmy po Dominikę do przedszkola. Bałam się, żeby nas nie złapała taka ulewa jak przedwczoraj, ale jakoś się udało że nie padało tak strasznie, zaledwie siąpiło. Burza była wcześniej. Dziś Darek ma przedostatnią popołudniówkę. Te popołudniówki to takie jakieś męczące dla mnie. Miałam się uczyć francuskiego dziś, powtarzać tamten materiał, żeby wiedzieć co umiem a czego nie... Bożeeeee, już nawet nie pamiętam kiedy ostatni raz siedziałam nad francuskim. Cieszę się tylko że z lodówką mam już święty spokój. Już nie muszę myśleć, że ona czeka na mnie i woła : Odmroź mnie w końcu, bo Ci nie będę mrozić.... No dobrze, już dobrze, jest odmrożona i na jakiś czas mamy spokój.
 
Wczorajszy dzień był do połowy kijowy. Najpierw odprowadziłam starszą córkę do przedszkola, a stamtąd prosto udałam się na dworzec PKP żeby sobie kupić bilet na pociąg do Szczecina. Kiedy wracałam z powrotem do domu pechowo wsiadłam do autobusy w którym były uszkodzone kasowniki. Oczywiście zostało to zgłoszone kierowcy na wszelki wypadek gdyby wpadła kontrola biletów. Żeby było wesoło pod koniec jazdy rzeczywiście pojawiły się kanary i powstał problem. Nagle okazało się że wszystkie kasowniki działają i połowa pasażerów wraz ze mną oberwała mandat. Poszliśmy więc do kierowcy zapytać czy zgłaszał temuż szanownemu kontrolerowi, że kasowniki nie działały. Oczywiście potwierdził to, ale jakimś cudem kontrolerowi i kilku osobom udało się skasować bilet więc i tak nadal byliśmy w d.... Przepraszam za brzydkie słowa, ale jak sobie przypomnę te sytuację  od razu robię się wściekła. Kanar nie uwierzył w zepsute kasowniki i wypisał mi mandat. Kiedy wysiadłam z autobusu cała aż się trzęsłam ze złości. Zwyczajnie miałam ochotę coś rozbić. Niewiarygodne jak się teraz postępuje z ludźmi. Szyje się ich na każdym kroku. Wszędzie wyzysk i złodziejstwo. Nie można czegoś takiego podarować. Kiedy wróciłam wypiłam kawe i odpoczęłam trochę a potem ubrałam Lene i udałam się do mojej najlepszej koleżanki, z którą zawsze miło spędzam czas. Z Asią zawsze jest o czym gadać. Ma podobne podejście do życia jak ja. Żyje z pasją. Nasze dzieciaki też się lubią. Ona dwóch fajnych ma chłopaków, Mateusza i Wojtka, a niedługo będzie miała córkę. Powiem Wam, że już się nie mogę doczekać na tą małą. Ola przyjdzie na świat w listopadzie, więc to jeszcze trochę czasu. U Asi byłam do 16:30. Zjedłaśmy kotleciki i poszłyśmy z Leną po Dominikę. Gdyby nie ta feralna głupia sytuacja w autobusie byłby to całkiem udany dzień, ale cóż.
 
Ostatnio te dni tak się ciągną, wprawiają w znużenie. Co tu zrobić, żeby się wyrwać z tej rutyny? Gdzie pojechać? Tak w ogóle to jutro Dominisia kończy pięć latek. Dosłownie  nie wiem kiedy to pięć lat zleciało. Okropnie szybko obie rosną. Lenka też jeszcze  niedawno była dzidzią a od września idzie do przedszkola do grupy maluszków. Czeka ją wiele niespodzianek przygód i zupełnie nowy świat jakiego dotąd nie znała. Mam nadzieje że szybko sie zaklimatyzuje. Na szczęście przez rok będzie jeszcze chodziła z Dominiką. Dużo dziś nie napiszę bo już padamna pysk, ale może jutro coś więcej dziabnę po klawiaturze. Może się wreszcie wezmę solidnie za ten francuski, bo aż strach mnie bierze na myśl, że mogę wszystko zapomnieć czego się do tej pory nauczyłam.  Szkoda mojego czasu gdyby teraz nagle miało mi to wszystko wylecieć z głowy. Niby mówią że nauka nie idzie w las, ale trzeba tą wiedzę pielęgnować i podtrzymywać. Teraz czekam już tylko na koncert Hugh w Szczecinie, do którego pozostało zaledwie dziesięć dni. Cieszę się, że znów zobaczę się z Sandi i jej mamą. Znowu będziemy razem szalały jak to jest kiedy się widzimy. Śmiechy, chichy, luźna atmosfera. Nigdy nie mamy dość swojego towarzystwa. Innym plusem jest to, że zobaczę nowe miejsce, w którym nigdy nie byłam. Na pewno będzie rewelacyjnie, bo wieczorem czeka nas fantastyczny koncert Hugh na dziedzińcu Zamku Książąt Pomorskich, pod gołym niebem. Lubię też plenerowe imprezy i taką atmosfera. Miejmy nadzieję, że pogoda dopisze. Zaczynam już odliczać czas do wyjazdu, bo zostało niewiele czasu. Głodna przygód i dobrej zabawy jestem zawsze. Do następnego więc Kochani Czytelnicy. Dobranoc.