Proza, góry i muzyka
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą burze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą burze. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 września 2014

Sielanka w Sorrento - sierpień 2006 - Moja relacja i fotografie

 
 
Podróż z Rzymu do Neapolu trwała 3 godziny. Niestety całą drogę jechaliśmy w totalnym tłoku. Ludzie kręcili się, przepychali, łazili w te i we wte. Tamtego dnia wstaliśmy o 5 rano i wsiedliśmy do pociągu jadącego z Pescary, który był już cały zapchany więc o miejscówce nawet nie mieliśmy co marzyć. Całą drogą spędziliśmy na korytarzu, stojąc i wyglądając za okno. Jak się domyślacie o spaniu też nie było mowy. Ale powiem Wam jedno, widoki były bezcenne - boskie, niesamowite. Jak nie morze to góry. W końcu dotarliśmy do Neapolu o godzinie 9 zmęczeni głodni, a tu jeszcze  pada deszcz. Pierwsze kroki skierowaliśmy do toalety... ale.... Jak szybko do niej weszliśmy tak szybko wyszliśmy. Nie dało się tam wytrzymać ani chwili. Chyba domyślacie się dlaczego jeśli znacie pospolitą czystość Włochów. Trzeba było szybko poszukać czegoś innego, ponieważ pęcherz bezwzględnie domagał się swoich praw.... Żołądek także ściskał się nam z głodu, a tu dopiero miasto zaczynało się budzić do życia. Oczywiście o tej porze można tylko pomarzyć o jedzeniu. Idąc żwawo przed siebie natknęliśmy się na pewien budynek, którego nazwa jasno wskazywała iż jest to Pizzeria. Wchodzimy do środka i co się okazuje? Trafiliśmy na sklep z odzieżą sportową na co nasze brzuchy jeszcze mocniej się ścisnęły z niezadowolenia. Oczywiście nie znaliśmy języka włoskiego, a Włosi jak to Włosi po angielsku bardzo niechętnie, więc w ogóle nie dogadaliśmy się z ekspedientem. Pozostało nam więc szukać dalej, ale nic nie znaleźliśmy. Nie było też szans na żadnego hamburgera, nic. Wszystko pozamykane. Tymczasem na trochę ustał deszcz i wyszło słońce.
 
Tak naprawdę nie zamierzaliśmy zwiedzać Neapolu, który nie spodobał mi się od pierwszej chwili. Mieliśmy inne plany. Staraliśmy się dostać do stacji pociągu miejskiego Circum Vesuviana, którym mieliśmy dotrzeć do miejscowości Piano di Sorrento (stacja ta mieści się właśnie w dzielnicy portowej). Jechaliśmy do moich cioc, które właśnie tam były na wakacjach i zaprosiły nas, żebyśmy z nimi spędzili dwa dni w tych pięknych miejscach. Kiedy tam jechaliśmy mijaliśmy Pompeje... Tak, dokładnie te legendarne Pompeje, zniszczone w 79 roku n.e. przez wybuch Wezuwiusza. Oboje byliśmy pod wielkim wrażeniem niesamowitego otoczenia, znów góry po jednej stronie, po drugiej morze, skaliste wybrzeże, słońce, żaglówki. Jednym słowem : "Żyć nie umierać". Stamtąd się nie chce wyjeżdżać.... Przyzwyczajcie się, będę to często powtarzać. Cóż poradzić, że tam wszędzie  jest tak cudownie, kolorowo. Z resztą co ja będę gadać...
 







 



Kiedy dotarliśmy na miejsce ciocie czekały na nas na stacji i zaraz zabrały nas na swoją kwaterę. Po drodzę wstąpiłyśmy jeszcze do małego uroczego sklepiku po jajka, warzywa i mocarellę. Zanim jednak doszłyśmy do domku złapała nas wielka ulewa. Gradobicie i upiorna burza - wszystko to trwało jakieś trzy godziny. Szczerze mówiąc pierwszy raz widziałam taki deszcz we Włoszech. W Rzymie jeśli czasem popadało to było bardziej takie siąpienie. Taką burzę jaką przeżyliśmy w Sorrento trudno przyrównać do jakiejkolwiek innej. Zmartwiliśmy się, że pogoda tak się schrzaniła,
bo chcieliśmy popłynąć na Capri, ale tego dnia było już za późno na taką wycieczkę - potrzebny był cały dzień. Wspólnie z ciociami postanowiliśmy, że przełożymy to na drugi dzień, a jeśli przestanie padać wybierzemy się do Pompei. Ulewa skończyła się o 17 i znów było ładnie, słonecznie. Niebo było bajecznie niebieskie, bez jednej chmurki. Zamierzaliśmy spędzić to popołudnie najprzyjemniej jak się da. Udaliśmy się zatem w odwiedzimy do tego kultowego  miejsca jakim są Pompeje ( nie da się ukryć, że również przygnębiającym, bo przecież zginęło tutaj tylu ludzi zasypanych przez popiół wulkaniczny). Ruiny tego starożytnego miasta rzeczywiście robią niesłychane wrażenie, kiedy zobaczysz je na własne oczy. Dopiero wtedy widzisz jaka to była kiedyś potęga. Tak wiele budowli zachowało się do dziś, że to się w głowie nie mieści. To było dla nas fantastyczne doświadczenie, zobaczyć to wszystko, przeżyć niejako podróż w czasie. Właśnie tu znajduje się amfiteatr, na którego arenie grali kiedyś Floydzi. Byłam w tamtym miejscu choć wiele lat później po tym wydarzeniu. A jednak satysfakcja jest.
 
Mimo iż słońce grzało o tej porze  niemiłosiernie nam wcale to nie przeszkadzało. Zdążyliśmy się już dawno przyzwyczaić. Świetnie się bawiliśmy zwiedzajac miasto : zaglądaliśmy w każdy kąt, podziwialiśmy prace konserwacyjne prowadzone na terenie Pompeii, robiliśmy sobie wzajemnie zdjęcia na tle różnych budowli starając się uchwycić najciekawsze miejsca i elementy architektoniczne. Weszliśmy wszędzie gdzie się dało. Mogliśmy zobaczyć między innymi pozostałości domostw należących do bogaczy i zwykłych prostych ludzi, piekarnie, tawerny, teatr, świątynie czy termy. Większość zabytków nadal jest w bardzo dobrym stanie mimo, że nadgryzione zostały bezwzględnym zębem czasu. Tyle wieków minęło. W osobnym poście zamieszcze zdjęcia tylko z Pompei ponieważ jest ich nie ukrywam mnóstwo. Jak Kasia się dobierze do aparatu to nie ma bata... Są za to w miarę udane zdjęcia. Kiedyś mój mąż robił więcej zdjęć bo faktycznie robi to świetnie, ale z czasem mnie też się wyrobiła łapka i wychodzą mi dziś znacznie lepsze foty niż kiedyś. Takie jakby bardziej staranne. Po opuszczeniu muzeum w Pompejach pojechałyśmy prosto do Sorrento, żeby zjeść jakąś kolację i wypić dobre wino. Znaleźliśmy sobie uroczą knajpkę w samym sercu tej niewielkiej uroczej miejscowości, gdzie do późnego wieczora siedzieliśmy napawajac się wspaniałą sielską atmosferą. Na koniec zanim wróciliśmy na kwaterę zrobiliśmy sobie jeszcze spacerek po Sorrento. Muszę w tym miejscu nadmienić, że wszędzie były ślady niedawnego świętowania po zwycięstwie Włochów na Euro - porozwieszane flagi oraz inne gadżety związane z footballem. Wszędzie gwarno, kolorowo i wesoło mimo późnej pory. Wspaniały klimat i atmosfera tych miejs na zawsze pozostanie w mojej pamięci... Wtedy byłam bardzo zakochana i szczęśliwa, zaraz po ślubie. Dziś myślę, że  już nigdy nie zaznam takiego szczęścia i beztroski jak wtedy. To był dopiero początek naszej wspólnej drogi. Potem kiedy we wspólne życie wdziera się rutyna i problemy to nie jest już to samo. Ludzie nagle zapominają czemu tak naprawdę się pobrali, czemu kiedyś chcieli być razem. Przestają być ze sobą dla miłości, ale dlatego że tak trzeba. Coraz częściej tak jest, ale cóż... Na rutynę nie ma rady. Niszczy szczęście i uczucie, które kiedyś istniało między dwojgiem ludzi. Coraz częściej myślę, że małżeństwa są bez sensu. Tylko nielicznym tak naprawdę udaje się być szczęśliwym i nie dać się rutynie. A moje szczęście już dawno się gdzieś ulotniło. Pozostało tylko na zdjęciach.
 
Tamta noc znów naznaczona została przez ulewny deszcz i burze. Lało i grzmiało aż do 4 nad ranem, pewnie dlatego tak kiepsko spałam. Nie znoszę grzmotów, utrudnia mi to zasypianie. Przewracałam się tylko z boku na bok chcąc tylko, żeby szybko nastał poranek. Jednocześnie miałam nadzieję, że pogoda tym razem dopisze i nie zepsuje nam wycieczki na Capri, o której napiszę już w innym poście. Nie mogłam się tego doczekać. Byłam niezwykle podekscytowana, zupełnia jak nastolatka. Pierwszy raz dane mi było być w takich pięknych miejscach. Szczęście dopisało nam i od rana pogoda znów była przepiękna. Udaliśmy się we czwórkę na przystań promów i jakieś dziesięć minut później płynęliśmy mini statkiem na wyspę Capri. Przemierzając Morze Tyreńskie podziwialiśmy cudowne nadwyraz widoki.
 
Do zobaczenia na Capri....
 
                                                       O to jak Włosi świętują po zwycięstwie
 











 
Sorrento i okolice
 
photo by Janina & Wanda Jagosz

















 
 
 
 

środa, 13 sierpnia 2014

Już wróciłam....

Witam Was
 
Pobyt w Szczawnicy już za mną. Pogoda w tym roku nie dopisała do końca. Często padało przez co nie udało nam się pójść nigdzie w góry, a nad czym ubolewam. Kilka razy mocno nam dolało, kiedy wrócaliśmy do schroniska, czasem nawet pogroziło burzą i piorunami. Trudno w zasadzie powiedzieć, że ten czas spędzony w górach był nieudany, bo co nieco udało się zobaczyć i zażyć świeżego powietrza. W tym roku na przykład zrealizowaliśmy jedno z moich wielkich marzeń, czyli rejs po Jeziorze Czorsztyńskim. Później wrzucę zdjęcia jakie zrobiłam podczas naszego pobytu. Czas spędzony w Bacówce pod Bereśnikiem nigdy nie jest czasem straconym. Zawsze ten sam wspaniały domowy klimat i rozkoszne beztroskie momenty kiedy siedzimy sobie przed schroniskiem i podziwiamy cudowne widoki roztaczające się z góry, wschody i zachody słońca, choć tym razem nie było ich tak wiele. Niezapomniane wieczory przy ognisku w symaptycznym towarzystwie i śpiewanie pięknych obozowo - wycieczkowych ballad - bezcenne. Szczególnie zapadły mi w pamięć Bieszczadzkie anioły, przepiękny utwór o niezwykłym klimacie i wiele innych z którymi zapoznali nas turyści przebywający z nami pod dachem Bacówki, który śmiało można nazwać domem.
 
Powrót do Krakowa był trudny, bo naprawdę ciężko było opuszczać te piękne miejsca, wsiąść do autobusu i zostawić góry za sobą. Nawet pogoda  się pogorszyła, kiedy wyjeżdżaliśmy. Szczawnica na pewno płacze za nami a my tutaj za nią. Tradycyjnie już odwiedziliśmy rezerwat Biała Woda, zaglądnęliśmy też do rezerwatu Zaskalskie, ale niestety okazał się niedostępny dla turystów ( trzeba mieć zgodę nadleśnictwa, żeby móc zwiedzić cały rezerwat), tak że doszliśmy tylko do pewnego miejsca i musieliśmy się wrócić z powrotem do Jaworek. Dwa razy zawitaliśmy w stadninie Rajd w Jaworkach i nasze dziewczyny pierwszy raz wsiadły na konie. O dziwo nawet się nie bały w porównaniu do innych dzieci. Oczywiście jechały pod opieką pracowników stadniny, a przejażdżka okazała się dla nich wielką frajdą i nie chciały zejść z koników. Mogły wejść do stajni, oglądnąć konie, poznać sprzęt. Niestety wycieczki w góry które sobie zaplanowalismy nie wypaliły jak już wspomniałam z racji pogody i wszyscy byliśmy bardzo zawiedzeni. Być w górach i nie chodzić po nich to jest naprawdę okropne no ale cóż poradzić, kiedy  pogoda nie dopisuje. Jako ostrożni odpowiedzialni turysći wiemy, że jeśli pogoda nie sprzyja wycieczkom to nie ma się co pchać w góry i ryzykować, że coś się stanie. Co innego jeśli burza albo ulewa zaskoczą nas w drodzę, wtedy nie mamy wyjścia i musimy iść jeśli już naprawdę nie ma się gdzie schronić. Należy zachować wielką  ostrożność, tzn nie biegać i wyłączyć telefon komórkowy żeby zmniejszyć ryzyko porażenia piorunem. Starajmy się być rozważni szczególnie jeśli idziemy z dziećmi. Bezmyślność w górach zdecydowanie nie popłaca. Większość wybryków kończy się śmiercią albo kalectwem.
 
Korzystając z dobrej pogody pochodziliśmy trochę po Szczawnicy, zaglądnęliśmy w zaułki, których poprzednio nie odwiedziliśmy. Zeszliśmy cały park górny, mijając po drodze ośrodki sanatoryjne, Inhalatorium, Dworek Gościnny, wstąpiliśmy również do pijalni, żeby spróbować podawanych tam wód leczniczych. Wszędzie jest czyściutko, zielono, aż miło usiąść na ławeczce w cieniu i odpoczywać. Nie chce się ruszać człowiekowi nawet. To jest właśnie ten niezwykły urok tej miejscowości, o którym pisałam w notce o Szczawnicy. Warto poznać każdy zakątek, bo każdy z nich ma swoją historię. Podobnie urokliwy jest Czorsztyn nad Jeziorem Czorsztyńskim. Może kiedyś tam pojedziemy na wczasy. Od tamtej strony przy dobrej pogodzie cudownie odsłaniają się przed nami Tatry ( w przewadze te nasze polskie) i my akurat  mieliśmy szczęście je zobaczyć choć w delikatnej otoczce mgły. Mimo to widok Tatr górujących nad Pieninami zapierał dech w piersiach. Tamtego dnia właśnie wybraliśmy się w rejs po Jeziorze, zamki sobie podarowaliśmy z racji, że zwiedzaliśmy je rok temu. Rejs oczywiście spodobał się Lenie i Dominice, były zachwycone tą atrakcją podobnie jak my z Darkiem. Sama przejażdżka statkiem była jak dla mnie bardzo relaksująca. Podczas rejsu mogliśmy podziwiać Pieniny Spiskie, Czorsztyńskie i Gorce w całej okazałości. Niezwykle żal było zsiadać z tego statku, najchętniej pływałabym tak do wieczora, gdyby kiesa nie miała dna.
 
Nie wiem kiedy znów uda mi się zawitać w jakichś górach. Może późniejszą jesienią, jeśli Bozia pozwoli albo dopiero w przyszłym roku. Teraz czeka mnie wyjazd do Sopotu. To już w przyszłym tygodniu. Muszę nadgonić z czytaniem, bo ostatnio znów jestem do tyłu, a czas leci. Pod koniec roku zawsze robię sobie podsumowanie ile książek przeczytałam. Obawiam się że w tym roku wyjdę cienko w porównaniu z poprzednim. Zazwyczaj nie czytam na czas, ale kiedyś więcej czytałam. Powoli wracam do rzeczywistości. Oglądam zdjęcia które zrobiłam w Szczawnicy i mogę się troszkę rozmarzyć. Jak pójdę na kurs przewodników beskidzkich na pewno zobaczę o wiele więcej miejsc niż dotychczas i przeżyję nowe wspaniałe przygody, których jestem teraz taka głodna. Wierzcie mi że poza Tatrami jest wiele wspaniałych szlaków nie schodzonych, jakże pięknych, które mało kto zna. Odwiedzajcie je, bo warto poznawać coraz to nowe zakątki. Dajcie Tatrom odżyć, one tego potrzebują. Ja też kocham Tatry i chętnie bym tam bywała co chwila, ale zdaje sobie sprawę z tego, że jest mnóstwo nie odwiedzonych przeze mnie okolic, które muszę i chce zobaczyć. Życzę Wam wspaniałej pogody i wspaniałych przygód, bo wakacje wciąż trwają.