"Remember when you were young You shone like the sun Shine on you crazy diamond Now there's a look in your eyes Like black holes in the sky Shine on you crazy diamond You were caught in the crossfire Of childhood and stardom Blown on the steel breeze Come on you target for faraway laughter Come on you stranger You legend You martyr And shine... "
Roger Waters

sobota, 20 września 2014

Przeszłość i teraźniejszość... Wszystko się zmienia.

No i koniec dobrej pogody. Teraz czeka nas typowa jesienna pogoda. Szarówka i deszcz. Już mi się to nie podoba. Muszę poczytać trochę pozytywnej literatury, żeby się dobrze nastroić na ten czas. Dzień bez słońca jest okropny, smutny, przygnębiający. Nie ma nic gorszego niż brzydka jesień po niezadowalającym lecie. Staram się być pozytywnie nastawiona do świata mimo szarej rzeczywistości, ale mi nie wychodzi. Wszystko mnie ostatnio przytłacza. Dziś znów się nie wyspałam. W weekendy przeważnie nigdy się nie wysypiam. Nie  da się, bo dzieci już od 7 zaczynają swoje dzikie szaleństwa. Czuje się zmęczona po ciężkim tygodniu. Nie był szczególnie udany ani wesoły, ale trudno... Trzeba żyć dalej i wierzyć, że będzie lepiej. Czasem strasznie mnie wkurza ta presja. Coraz mniejszą mam ochotę do zwierzania się komukolwiek, żeby nie usłyszeć ostrych słów, doświadczyć braku zrozumienia ze strony najbliższych. Nie chce mi się tłumaczyć czemu jestem smutna, bo oni i tak nie zrozumiają. Zawsze mają swoje kilka groszy do wrzucenia. Czasem nie trafia do mnie hipoteza, że "La vie est belle". Czasem chciałoby się powiedzieć " Non, la vie n'est pas belle". Tak, potrzebuje trochę pomarudzić, bo nic mi nie idzie. Nawet pisanie. Tyle rzeczy odłożyłam na bok. Powieść też czeka aż coś skrobnę. A czas leci, leci, leci nieubłaganie... Czas jest bezwzględny.
 
Czekam na ten kurs na przewodnika beskidzkiego, może w tym kierunku się spełnie. Wszyscy coś mają co lubią tylko nie ja. Zawsze tak było w moim życiu. Że inni byli spełnieni a ja nie. Jestem szczęśliwa jak piszę, jak coś mi idzie. Zamierzam wrócić na terapie u psychologa. Żałuję, że wtedy przerwałam. To był wielki błąd. Czas go naprawić. Odbudować wiarę w siebie na nowo. I tak jest lepiej niż kiedyś. Mam teraz wokół siebie więcej życzliwych ludzi, którzy mnie rozumieją. Moje i ich pasje mnie napędzają do działania. Najgorszy był okres kiedy skończyłam te studia i bezskutecznie poszukiwałam pracy. Przedtem bardzo zależało mi na pracy w bibliotece na mojej uczelni. Niestety nie chcieli mnie tam. Nigdzie indziej też nie znalazłam pracy... Bolało, bolało to i to bardzo, ale z czasem udało mi się do tego zdystansować. Pogodziłam się z faktem, że to nie dla mnie robota. Potem dorabiałam w sklepach, ale to też nie było to. W niczym nie czułam się dobrze. W końcu doprowadziło mnie to do depresji. Na każdym kroku ludzie dawali mi odczuć, że jestem beznadziejna. Tak było od podstawówki i ciągnęło się za mną do studiów. Na swojej drodze życia spotkałam tylu niedobrych ludzi, fałszywych niewyrozumiałych, którzy tylko udawali sympatię a tak naprawdę zawsze byli próżnymi zakłamanymi, zginiłymi od środka ludźmi pozbawionymi wrażliwości. Niektórzy nieco później pokazali swoją prawdziwą twarz. Nigdy nie należałam do żadnej elity, do grupy ludzi, którzy na innych patrzą krzywo, okazują wyższość. Na studiach poznałam garstkę porządnych ludzi i z nimi do dziś utrzymuje kontakt, bo warto. Za resztą zamknęłam drzwi i te drzwi już się nigdy nie otworzą.
 
Wielkim przełomem w moim życiu było spotkanie mojego idola twarzą w twarz. Garou sprawił, że naprawdę uwierzyłam w siebie, stałam się odważniejsza, zrozumiałam, że mogę zdobyć świat. Uskrzydlił mnie swoimi ciepłymi słowami, swoim nieprawdopodobnie serdecznym podejściem i chociaż ledwo go znałam czułam się przy nim tak jakbym znała go od lat. Magia - tylko tak to można nazwać. Dzięki niemu poznałam Sandre i wiele innych fantastycznych wrażliwych ludzi, a to prezent tak cenny jak żaden inny. Poznać ludzi z którymi łączy Cię pasja i którzy potrafią cię zrozumieć. Pewna osoba w życiu tego nie zrozumie, nawet uważa mnie za "maniaczkę". Łatwiej jest patrzeć z góry i oceniać niż spróbować zrozumieć, ale cóż.... Uważam, że to tylko jej strata. Może kiedyś jej się oczy otworzą, może nie, w ogóle mnie to nie obchodzi. Tamtego popołudnia w Empiku po raz pierwszy spotkałam również Sandi, która  już od pierwszej chwili obudziła we mnie najcieplejsze uczucia. Natychmiast zrodziła się między nami więź, mimo że nigdy wcześniej się nie spotkałyśmy live, miałyśmy kontakt jedynie przez facebooka i skype. Ona nauczyła mnie, że wszelkie przeciwności losu pokonać można przez uśmiech, dążenie do upragnionego celu, pozytywne szaleństwo i spełnianie marzeń za wszelką cenę. Pokazała, że niepełnosprawność nie jest żadną barierą dla człowieka, jeśli się czegoś bardzo pragnie można to osiągnąć - można zdobyć świat. Nauczyła mnie, że spełnianie marzeń jest bardzo ważne dla człowieka.  Żadne przeszkody w życiu nie są jej straszne dzięki temu, że wierzy. Ma w sobie siłę do przezwyciężania tych przeszkód, których może jej pozazdrościć niejeden zdrowy człowiek. Podziwiam jej determinację i to jak garnie się do wszystkiego. Bo człowiek może wszystko jeśli chce. Może robić wiele różnych rzeczy, tych bardziej szalonych i tych mniej jeśli go uszczęśliwiają.
 
To, że świat stoi otworem udowadnia to także Martyna Wojciechowska, której jestem wielką fanką, bo bez wątpienia jest wielką kobietą i swoją pracę wykonuje perfekcyjnie. Nie dam na nią słowa złego powiedzieć. Tacy co mają do niej jakieś wąty niech najpierw osiągną to co ona a potem gadają. Wkurzają mnie durne utarte schematy i steorotypy, że kobiecie, która ma dziecko nic się nie należy. Nazwanie Martyny egoistką jest nonsensem, głupim gadaniem ludzi, którzy niewiele rozumieją. Mądrzenie się przynosi im wiele satysfakcji, a ranienie innych jeszcze większą. Miłość do dziecka nie mierzy się w ilości tylko w jakości. Ilość rzadko idzie z jakością o ile w ogóle. Najmniej o tym wiedzą kobiety, które o posiadaniu dziecka nawet nie myślą a najwięcej o tym mówią i krytykują młode matki. Takie coś wkurza do potęgi entej. Kobieta po porodzie przechodzi trudny okres, czasem wpada w depresje, inne łatwiej się adoptują ze swoją rolą. Nie rozumiesz, spróbuj pojąć, nie chcesz zrozumieć, nie odzywaj się, nie potępiaj. To nie jest niczyja wina, że tak się dzieje. Ludzki organizm to jedna wielka tajemnica i nigdy nie zrozumiemy do końca zmian jakie w nas zachodzą. Czasem po takich przejściach kobieta potrzebuje adrenaliny, żeby dojrzeć do wyzwania jakim jest macierzyństwo - potrzebuje bodźca, który ją zmobilizuje, pomoże przejść przez ten pierwszy najtrudniejszy etap po urodzeniu dziecka.  Ja osobiście jestem zdania, że lepiej dać temu dziecku prawdziwą miłość niż taką wymuszoną lub żadną. Kobiecie, która przechodzi depresje poporodową trzeba pomóc czuje się wtedy mała, słaba, a każda przeszkoda ją przerasta. Jak ma zająć się swoim dzieckiem, kiedy sama potrzebuje opieki i wsparcia. Oczywiście łatwiej jest krytykować niż wspierać i zrozumieć. Taki system po prostu.
 
Podziwiam Martynę za wszystkie wyzwania jakie podjęła w życiu, za odwagę i wytrwałość (bez tego nie zdobyłaby Korony Ziemi i za wrażliwość jaką w sobie ma. Dziękuje jej za to, że utwierdza kobiety w przekonaniu, że mogą zdobyć świat jesli tylko będą chciały. "Pamiętajcie, nie słuchajcie kiedy ktoś wmawia Wam, że coś jest dla Was niemożliwe, nieosiągalne" - to słowa Martyny. Jeśli chcemy wszystko jest możliwe. Każdy w swoim życiu wspina się na taki swój Mont Everest i każdy sam wyznacza sobie szczyt swoich możliwośći.
 
P.S. Życzę WAM odwagi Kobiety.
 
 
 
 
 
 

4 komentarze:

  1. Wszyscy mamy wzloty i upadki. Ważne by brnąć do przodu z pozytywnym nastawieniem.

    OdpowiedzUsuń
  2. Kasiu, piękny post napisałaś. Myślisz podobnie jak ja. Też miałam kiedyś smutne życie, jakby pozbawione kolorów, nie miałam przyjaciół, byłam samotna. Jednak podobnie jak Ty poznałaś Garou i zmienił coś w Twoim życiu i nadał mu sens, ja również mam kogoś takiego. Poznałam dzięki mojej pasji do pewnego artysty przyjaciół i jestem gotowa odważyć się by występować w telewizji. A niby dlaczego nie ? Każdy może jeśli tylko chce. Martynę też bardzo podziwiam, jest dla mnie kimś kto osiągnął szczyt w swoim życiu i to ten prawdziwy szczyt - Mount Everest. To jest wg mnie największe jej osiągnięcie. Dla mnie jest wielką kobietą. I przy tym nie zapomina o córeczce Marysi. Kocha ją bardzo i myślę,że za pare lat będzie jeździć za mamą wszędzie ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Kochana, każdy ma swój Mont Everest to zdobycia w życiu i każdy może go zdobyć. Wiesz o tym równie dobrze jak ja :)

    Jak mówi Martyna nie ma granic, których nie da się przekroczyć. Zatem Aniu, Avancer (z fr. do przodu).

    OdpowiedzUsuń