"Remember when you were young You shone like the sun Shine on you crazy diamond Now there's a look in your eyes Like black holes in the sky Shine on you crazy diamond You were caught in the crossfire Of childhood and stardom Blown on the steel breeze Come on you target for faraway laughter Come on you stranger You legend You martyr And shine... "
Roger Waters

sobota, 19 grudnia 2015

Kursowy Cykl Beskidzki : Pierwsze lody przełamane.

 
 DZIEŃ 1 : 6 listopad 2015 
 
Kochani Czytelnicy i Blogerzy

Jestem już po pierwszym zjeździe i mogę, a nawet muszę na wstępie powiedzieć, że jest naprawdę sympatycznie i ciekawie. Poznaliśmy naszych przełożonych wiemy już czego będą od nas wymagać w czasie tych zjazdów. Powoli uczymy się wszelkich procedur, których będziemy musieli wdrażać w praktyce jako przyszli Przewodnicy Beskidzcy : jak się zachowywać, czego pilnować, jak dbać o bezpieczeństwo grupy, którą będziemy samodzielnie prowadzić w góry. Naszym obowiązkiem jako przewodników jest dbanie o to by każdy cały, zdrowy i zadowolony wrócił z takiej wycieczki oraz udzielenie fachowej informacji, zaspokojenie ciekawości turysty. No cóż, nie powiem, że troszkę mnie nie przygniótł ogrom informacji, która została mi przez przełożonych przekazana. Starałam się zapamiętać jak najwięcej i przyswoić to co mówili nasi przełożenie i od razu się do tego dostosowywać. Naszymi opiekunami podczas minionego wyjazdu byli dyrektor biura Gaudemus Pan Artur Ragan, pilot wycieczek oraz  Przewodnik Beskidzki Pan Sławomir Nosek. Sa to ludzie posiadający ogromną wiedzę, której szczerze im zazdroszcze i jednocześnie serdecznie gratuluje. Jak tylko otworzyli usta stwierdziłam, że nie umiem nic, że jestem malutka jak ta mróweczka i w tej małej główce nie jestem w stanie nic zmieścić.... Oczywiście to tylko taka mała anegdotka, bo przecież wiadomo, że chcąc być przewodnikiem muszę umieć to co Ci dwaj panowie. Na początku zostaliśmy poinformowani co mamy mówić grupie wycieczkowej zanim wyruszymy w drogę. Najpierw sprawdzamy obecność, żeby wiedzieć czy wszyscy są i żeby wiedzieć ilu mamy uczestników pod swoją opieką. Po każdym postoju mamy obowiązek przeliczyć uczestników zanim wyruszymy w dalszą drogę. Mówimy także gdzie jedziemy i jaki jest program wycieczki. W czasie jazdy przewodnik przekazuje uczestnikom wycieczki przez mikrofon informacje krajoznawczą to znaczy opowiada po krótce o mijanych miejscowościach. Zanim wyjechaliśmy z  Krakowa Pan Artur Ragan opowiadał o mijanych przez nas obiektach, jak pomnik Grunwaldzki na placu Jana Matejki, o Janie Matejko, o Barbakanie, plantach krakowskich, a także o Wawelu i Skałce. Przed postojem przewodnik informuje grupę gdzie się zatrzymają i w jakim celu i to w takim odstępie czasu by mogli się przygotować do opuszczenia autokaru. Należy także powiedzieć : Proszę o zabranie ze sobą cennych rzeczy i pieniędzy. Pierwszy postój mieliśmy w Mogilanach, gdzie podziwialiśmy od zewnątrz Dwór Rodu Jordanów, który następnie przeszedł w ręce Konopków. W dworze w tym przebywał kiedyś Mikołaj Rej, który tworzył tam "Żywot człowieka poczciwego". Pan Artur trochę nam o nim opowiedział po czym przekazał pałeczkę panu Przewodnikowi, który zaprowadził nas do punktu widokowego i pokazał jak omawiamy panoramę i to nawet wtedy kiedy jej nie widać bo przysłania ją gęsta mgła. Nie ukrywam, że właśnie ten element warsztatu przewodnika przeraża mnie najbardziej, ale bez tego nie zdam egzaminu państwowego, tak więc mam 11 miesięcy na opanowanie tej sztuki. Po powrocie do autokaru pan Ragan przeliczył nas wszystkich i poinformował iż kierujemy się na Rabkę Zdrój. Teraz mikrofon przejął pan Sławek który omawiał kolejne miejscowości, które mijaliśmy po drodze do Rabki. W Rabce Zdrój zatrzymaliśmy się przy kościele św. Magdaleny, ale kościół ten pełni teraz funcję Muzeum im. Władysława Orkana. W miejscu tym dwie osoby zostały poproszone o wygłoszenie swoich prelekcji na temat Rabki jako uzdrowiska i o Władysławie Orkanie znanym nam ważnym literacie, piewcy gór. Wreszcie zatrzymaliśmy się w Rabce Zaryte skąd rozpoczęliśmy naszą wędrówkę żółtym szlakiem (Perć Borkowskiego) na Luboń Wielki. Przed rozpoczęciem wędrówki zostaliśmy przez przewodnika pouczeni jak mamy się zachowywać, na co zwracać uwagę, kiedy przygotowujemy grupę do wyjścia w góry. Pytamy czy każdy dobrze się czuje, czy posiada wodę i prowiant, ciepłe ubranie, zwracamy uwagę na obuwie uczestników. Jeśli widzimy że ktoś nie jest odpowiednio przygotowany na taką wyprawę mamy prawo odmówić zabrania takiej osoby w  góry przez wzgląd na jej bezpieczeństwo i aby uniknąć późniejszych problemów. Osoba taka mogłaby potem wnieść roszczenia gdyby coś jej się przydarzyło.
 
                                        Park włoski otaczający Dwór Jordanów w Mogilanach
 
 
Dwór Jordanów w Mogilanach

 
Panorama karpat w Mogilanach


 
Kościół św. Magadaleny w Rabce Zdrój pełniący funkcję Muzem im. Władysława Orkana.
 



 
 
 
Pogoda dopisała. Było ciepło, słonecznie i przyjemnie. Miło się wędrowało rozmawiając z innymi uczestnikami kursu, wymieniając doświadczenia chociaż nie było lekko pod górę (zaraz zadyszki dostałam). Nie mogę nie wspomnieć o cudownym otoczeniu, o otaczającej nas przyrodzie i oszałamiających widokach. Wszędzie złote i czerwone drzewa, troszkę zieleni, pomarańczy. Prawdziwa Polska Złota Jesień. Już dawno nie widziałam tak pięknej jesieni w górach. Zazwyczaj jeździliśmy w góry w sierpniu albo w lipcu lub w czerwcu. Tęskniłam za górami przez te dwa miesiące. Perć Borkowskiego to z pewnością jeden z najpiękniejszych szlaków w Beskidzie Wyspowym. No i nie mogę nie zaznaczyć, że Beskid Wyspowy to pasmo górskie nie do końca docenione przez turystów, którzy często zapominają o nim udając się w Tatry czy w Pieniny. Z drugiej znów strony nie tęsknie wcale za wściekłymi tłumami jakie można spotkać nad Morskim Okiem. Uwielbiam takie szlaki, na których można odpocząć oddychając świeżym powietrzem rozkoszując się ciszą i spokojem. Żółty szlak okazał się nie lada wymagającym. Było dużo stromych podejść, a spore przewyższenie, które trzeba było pokonać odrobinkę dało mi w kość. Mimo to wspaniałe widoki wszystko wynagradzały. Jak zawsze. Po to właśnie się chodzi w góry. Żeby cieszyć oczy tymi widokami, to najpiękniejsza nagroda za ten wysiłek, który trzeba włożyć żeby zdobyć dany szczyt. I tak spełniam swoje marzenia zdobywając kolejne szczyty górskie i mam z tego satysfakcję. To piękna pasja, którą można zarazić dzieci i chodzić w góry razem.
 
Wracając do wycieczki, po drodze na Luboń Wielki (1022 m n.p.m) wkraczamy na teren Rezerwatu Przyrody Nieożywionej "Luboń Wielki" objętętego ochroną. W tym miejscu przewodnik pouczył nas o tym iż zanim przeprowadzimy wycieczkę przez teren rezerwatu musimy ich poinformować o zasadach poruszania się po terenie objętym ochroną, czyli co wolno a co nie wolno. Potem pieliśmy się już cały czas ostro pod górę po sporej wielkości skałach, piaskowcach z serii magurskiej. Jest to największy w Beskidzie Wyspowym jęzor osuwiska fliszowego z charakterystycznym gołoborzem. W dolnej części otacza nas las świerkowo jodłowy z przewagą świerka i domieszką buka, powyżej zaś buczyna karpacka. Szlak żółty z Rabki Zaryte nosi imię Stanisława Dunin - Borkowskiego ponieważ to właśnie ten pan wytyczył ten szlak, jeden z wielu na terenie oddziału rabczańskiego, podobnie schronisko na Luboniu Wielkim do którego powstania się przyczynił. Był wybitnym przyrodnikiem, geologiem, autorem przewodnika po Rabce i działaczem Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego, a także ratownikiem górskim. Gdy z niemałym trudem dotarłam na szczyt wspomnianego Lubonia Wielkiego moje oczy zachwyciła niesamowita panorama na którą składały się pasma Beskidu Wyspowego Makowskiego i oddalonego Beskidu Żywieckiego oraz górujące nad nimi Tatry. Do omówienia panoramy wyznaczono jednego z naszych kolegów, którego nadzorował przewodnik. Poszło mu całkiem nieźle zważając na to, że robił to po raz pierwszy, a my pozostali z mapami w rękach śledziliśmy każdy wskazany punkt. Okazało się to bardzo trudne, ale musimy to ogarnąć bo bez tego nikt z nas nie zda egzaminu. Panoramy to jedna z podstawowych elementów pracy przewodnika beskidzkiego. Trzeba mieć bardzo dobrą orientacje w terenie.

O 16 ruszyliśmy  czerwonym szlakiem w dół w kierunku przełęczy Glisne skąd autobus miał nas zabrać do Kasinki Małej a stamtąd czarny szlak prowadzi do Bazy Lubogoszcz. Zaczęło się już ściemniać więc trzeba było wyjąć latarki czołówki. Z Lubonia Wielkiego do Przełęczy Glisne jest 1,5 godziny marszy. Już po 20 minutach drogi było całkiem ciemno. Schodzenie utrudniały śliskie liście, które wyścielały ścieżkę i ruchome kamienie. Raz się potknęłam, ale na szczęście nie skręciłam kostki. Bardzo pozytywnie zaskoczyli mnie kursowi koledzy, jeden zabrał mi ciężki plecak i zaoferował że odda na dole, drugi pożyczył kijki, a trzeci pomagał bezpiecznie zejść. Wysoka kultura jak widać. Było mi miło, chociaż z początku czułam się odrobinę zakłopotana. Nie mniej jednak uprzejmość ze strony mężczyzny jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Wracając do naszej wędrówki muszę przyznać, że pierwszy raz przemierzałam las w nocy więc był to dla mnie pewnego rodzaju chrzest i wielka przygoda. Myślę że tego właśnie oczekiwałam. Tego mi brakowało. Mam nadzieję, że będzie coraz ciekawiej. Kiedy już znaleźliśmy się na  dole postanowiliśmy że zatrzymujemy się na zakupach w Mszanie Dolnej. Byliśmy już wszyscy zmęczeni i myśleliśmy już tylko o odpoczynku. Do bazy Lubogoszcz grupa udała się na nogach, a ja, kolega Wojtek i przewodnik Sławek mieliśmy pojechać starym łazem razem ze wszystkimi bagażami wyznaczeni przez pana Artura. Po cichu byłam szczęśliwa że już nie musiałam pokonywać kolejnej górki. Chyba bym padła po drodze gdybym wtedy musiała pokonać jeszcze 600 m w górę. Wyjście na Luboń dało mi czadu, nie da się oszukać. Dwumiesięczna przerwa zrobiła swoje. Gdzieś uleciała ta kondycja, którą miałam w sierpniu, kiedy tak dużo chodziłam po górach, a tu nagle dwa miesiące zastoju. Po przybyciu do bazy od razu rozgościliśmy się w naszym domku instruktorskim i popędziliśmy na obiado - kolacje. Jak to zawsze jest po porządnym wysiłku posiłek smakował wybornie. Po kolacji o godzinie 20 stawiliśmy się wszyscy na zajęcia teoretyczne prowadzone przez naszą kadre kierowniczą. Omawialiśmy przepisy prawne czyli nowe rozporządzenie w sprawie świadczenia usług przewodnickich. Siłą woli walczyłam z opadającymi powiekami i ogarniającym mnie zmęczeniem. Zajęcia skończyły się o 22. Zanim się oddaliśmy kilka osób dostało od pana Artura zadania na następny dzień. Jakie o tym zaraz... O jak dobrze się spało po tym intnsywnym dniu pełnym nowości, ale jakże ciekawym.


Poniżej : na żółtym szlaku z Rabki Zaryte na Luboń Wielki (szlak ten zwany jest Percią Borkowskiego na cześć Stanisława Borkowskiego, który wytyczył ten szlak)

 
 
Poniżej : buczyna karpacka porasta górną część pasma

 
Poniżej : widoki ze szlaku w drodze na Luboń Wielki


 
Poniżej : w drodze na Luboń Wielki przechodzimy przez Rezerwat Luboń Wielki, a tu podziwiać możemy odkryte charakterystyczne "gołoborze"

 
Poniżej : Bacówka przy schronisku na Luboniu Wielkim
 

 
Schronisko na Luboniu Wielkim powstało dzięki staraniom Stanisława Borkowskiego, członka Komisji Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego z oddziału w Rabce Zdróju. Budowę schroniska wspierali również mieszkańcy okolic oraz właściciele pensjonatów i parafia w Rabce. Otwarte zostało w 1931 roku przez Mieczysława Orłowicza i poświęcone przez ks Jana Surowiaka. W czasie okupacji schronisko na Luboniu ciągle było narażone na różne niebezpieczeństwa ze strony okupanta niemieckiego ponieważ jak większość schronisk w tym czasie pełniło funkcję bazy partyzanckiej. Przed spaleniem uchroniła go dzielna i sprytna gospodyni Karolina Kaleciak, która przekupiła oficerów niemieckich. Po wojnie do schroniska doprowadzona została woda, która pochodziła z pobliskiego źródła odnalezionego przez Bolesława Bursztyna. W latach 60 - tych powstała na Luboniu Wielkim wieża przekaźnikowa tv. Obecnym opiekunem placówki jest Krzysztof Knofliczek, kóry prowadzi również schronisko na Kudłaczach w Beskidzie Makowskim.


 
Poniżej : Baza Lubogoszcz powstawała w latach 20 i 30-tych XX wieku




 
 
Baza Lubogoszcz istnieje od początku lat 20 - tych i 30 - tych XX wieku. W tym czasie na Lubogoszcz przybywały pierwsze grupy z organizacji YMCA czyli Chrześcijańskiego Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej, które szukały w tych terenach miejsca na obóz młodzieżowy. Potem pierwsze grupy z Łodzi, Krakowa i Warszawy zaczęły rozbijać swoje namioty u stóp Lubogoszczy na miejscu gdzie dziś ma miejsce ta baza. Niedługo potem powstały pierwsze zabudowania. Dziś baza pełni funkcje bazy szkoleniowo - wypoczynkowej, organizuje zielone szkoły, obozy letnie i zimowe. Miejscem tym opiekuje się od dwudziestu lat pani Maria Grzęda.
 

DZIEŃ 2 : 7 listopad 2015

Pobudka była o 7:30, a już o 8 godzinie śniadanie. Wymarsz z bazy zaplanowany został na godzinę punkt 9. Wstałam o 7 wypoczęta i gotowa na kolejne wyzwania. Śniadanko również smakowało wspaniale. Po śniadaniu zrobiliśmy szybką zbiórkę i ciepło odziani wyruszyliśmy w kierunku Mszany Dolnej ścieżką przyrodniczą oznaczoną żóltymi znakami. Pogoda z rana była ładna, świeciło słonko, wkoło nas pięknie i kolorow, widoki zapierające dech w piersiach. Na przewodnika wyznaczona została nasza koleżanka Malwina, która miała nas przeprowadzić z Bazy Lubogoszcz do  Mszany Dolnej, a  tam do grupy miały dołączyć jeszcze trzy osoby : Monika, Kasia oraz żona Pana Artura. Po drodze zatrzymaliśmy się na polance gdzie kolega Krzysiek miał do wygłoszenia prelekcję na temat podziału Beskidu Wyspowego. Z mapami w rękach staraliśmy się ogarnąć granice tego pasma wyznaczone przez Pana Jerzego Kondrackiego. W Mszanie mieliśmy jeszcze 15 minut na zrobienie sobie drobnych zakupów po czym nasza drużyna w komplecie kierowana tym razem przez kolegę Huberta wyruszyła w drogę na Ćwilin (1072 m n.p.m) żółtym szlakiem. Nie jest to łatwy szlak, raczej dosyć wymagający jeśli wziązć pod uwagę liczne męczące strome podejścia, chociaż z początku prowadzi on w miarę łagodnie dopiero potem zaczyna się ostro piąć w górę. Wszelkie trudy wynagradzają nam niezwykłe widoki, jakie podziwiamy idąc tym szlakiem oraz przepiękna przyroda. Niestety w połowie trasy pogoda nam się popsuła. Mocno wiało i zaczynało zacinać deszczem. Ogólnie było zimno, a na samym szczycie wręcz lodowacie. Ciemne chmury podążały za nami już od Mszany. Tradycyjnie zatrzymaliśmy się na polance żeby wysłuchać prelekcji następnego kolegi Marcela o turystyce zimowej w Beskidzie Wyspowym, a następnie podumaliśmy chwilę nad panoramą. Nie uszło wymówić się mgłą :). Jak trzeba to trzeba i nie ma rady. Po spełnieniu naszych przewodnickich obowiązków ruszyliśmy w dalszą drogą. Kolejny większy postój mieliśmy dopiero w miejscu Czarny Dział na wysokości 673 m n.p.m. Gdy dotarliśmy w końcu na szczyt bardzo mocno padało i o pieczeniu kiełbaski nie było mowy. Ognisko które sobie zaplanowaliśmy trzeba było odłożyć. Ćwilin to szczyt niezalesiony, który znajduje się na Polanie Michurkowej. Przez niego przebiega szlak papieski biegnący z Kasiny Wielkiej do Jurkowa. W  miarę jak przesuwaliśmy się w kierunku Jurkowa deszcz ustawał. Droga w dół była stroma i śliska i trzeba było bardzo uważać. Ja mimo swym obawom poradziłam sobie sama i bez poślizgów doszłam do Jurkowa. Ta wyprawa była fajna chociaż czułam się później znacznie bardziej zmęczona niż poprzedniego dnia, gdy zdobywaliśmy Luboń Wielki. Gdy już byliśmy w drodze do Mszany zostałam poproszona do mikrofonu i wygłoszenie mojej własnej prelekcji na temat Schronisk i baz nolcegowych w Beskidzie Wyspowym. Z początku byłam w okropnym stresie, miałam wrażenie że nic nie pamiętam z tego, co się nauczyłam i trochę się poplątałam. Jednakże im dłużej mówiłam tym większej pewności siebie nabierałam i jakoś mi to poszło. Oczywiście z nerwów duża część wyleciała mi z głowy, ale też sporo informacji zdołałam przekazać grupie. Odetchnęłam z ulgą gdy już było po wszystkim. Miałam spokojną głowę, że swoje zadanie już wykonałam. Tradycyjnie zatrzymaliśmy się na zakupy w Mszanie a potem nasz pan kierowca podwiózł nas do Kasinki Małej skąd na nogach powędrowaliśmy do bazy Lubogoszcz. Było już ciemno więc musieliśmy uważać i patrzeć na znaki, żeby źle nie skręcić i się nie zgubić. Po kolacji znowu spotkaliśmy się na zajęciach teoretycznych podczas których oglądaliśmy prezentacje multimedialne przygotowane przez naszych kolegów i koleżanki. Co druga to ciekawsza, poświęcone szlakom długodystansowym w Beskidzie Wyspowym, zabytkom oraz faunie i florze. Było tak fajnie i wesoło, że odechciało nam się spać, chociaż wszyscy byliśmy padnięci. Ćwilin wszystkim nam dał popalić. Następnego dnia czekała nas Mogielica :) Jeszcze wyższa i jeszcze bardziej wymagająca. Zajęcia skończyły się po 22. Nie muszę chyba mówić, że padłam prawie natychmiast.

Poniżej : szlakiem żółtym z Mszany Dolnej na Ćwilin



 
Poniżej : a przed nami zamglony Ćwilin

 

Poniżej : niezalesiony szczyt Ćwilinia. Panorama zniknęła niestety za mgłą.
 
 
 
 
 

DZIEŃ 3 : 8 listopada 2015

Pobudkatradycyjnie o 8, śniadanie i zbiórka przed 9. Zabieramy ze sobą kiełbaski, które poprzedniego dnia mieliśmy upiec na Ćwilinie, ale pogoda nie pozwoliła nam na rozpalenie ogniska, więc zostały na drugi dzień i panie w kuchni nam jej podgrzały. Tego dnia jest ładnie. Cieplutko, słonecznie, kolorowo. Czarnym szlakiem schodzimy do Kasinki Małej skąd autobus zabiera nas do Chyszówek na Przełęcz Edwarda Rydza - Śmigłego, skąd wchodzimy na szlak zielony prowadzący na Mogielice. Znajdujemy się w pięknej malowaniczej miejscowości otoczonej zewsząd zalesionymi
wzgórzami ( na wschodzie widać fragment Pasma Łosińskiego Beskidu Makowskiego, następnie dolina Słopniczanki, a za nią Golców, Cichoń, Ostra). Podejścia rozpoczynają się już na samym początku trasy, na terenie zabudowanym, mowa i osiedlu Szarysze. Wycieczkę poprowadzi tym razem koleżanka Jola, a grupę zamyka Kasia Turska zwana Zielloną, pełni ona rolę tzw. "zamka". Zamek pilnuje, żeby grupa była spięta i żeby nikt się nie zgubił, a po każdym postoju zdaje przewodnikowi, że wszyscy są i że można ruszać dalej. Jak już mówiłam pogoda jest jak marzenie, aż przyjemnie wędrować. Cieszyłam się jak dziecko, że w końcu zdobędę tą sławną Mogielicę, nie bez trudu, ale zdobędę hehe. Jak już mówiłam góra ta jest dość wybitna (jak z resztą większość szczytów w tym paśmie) i żeby ją zdobyć trzeba się oczywiście trochę wysilić. Po drodze robimy liczne postoje, bo podejścia dają ostro popalić każdemu z nas. Kilka głębokich wdechów i od razu jest lepiej.

Kiedy napotykamy jakąś urokliwą polankę ( np. polana Mocurka z niewielką drewnianą szopą stojącą tuż przy ścieżce, na samym początku szlaku) z ładnym widoczkiem łapiemy zaraz za mapy i ogarniamy panoramę. Przed wejściem na szczyt zatrzymujemy się na polanie o nazwie Wyśnikówka, znajdująca się praktycznie u stóp Mogielicy. Wyśnikówka stanowi charakterystyczny element sylwetki tej góry, którą oglądamy od północy i zachodu. W tym miejscu strasznie wieje i momentalnie robi się zimno, ręce marzną. Zanim jednak stąd odejdziemy robimy pamiątkowe zdjęcie grupowe (którego niestety jeszcze nie posiadam). Już po chwili stromą ścieżką zaczynamy piąć się pod górę między skałami (tu spotykamy tzw. zbójnicki stół - swoista ambonka skalna) i drzewami (mieszanka drzew liściastych i iglastych). Trzeba zaznaczyć, że znaleźliśmy się właśnie na terenie rezerwatu Mogielica. Przewodniczka Jola przypomina nam zasady panujące na terenie rezerwatu. O tym zawsze należy wspominać, chociażby tysiąc razy żeby każdy miał pojęcie jak należy się zachowywać w takim miejscu. Ten rezerwat to jeden z wielu na całym obszarze Beskidu Wyspowego. Można wśród nich wyróźnić Rezerwat leśny "Kamionna", Rezerwat przyrody nieożywionej "Luboń Wielki", Rezerwat leśny "Śnieżnica". Rezerwat faunistyczny "Mogielica" utworzony został w 2011 roku i zajmuje powierzchnię 50, 44 ha. Usytuowany na kopule Mogielicy, jakieś 1000 do 1170 m n.p.m chroni tamtejszy bór górnoreglowy (jedyny jaki występuje w tym paśmie) buczyny, rumowisk piaskowców i rzadkie gatunki górskich ptaków, ssaków, płazów i owadów, które ten teren zamieszkują. Pokonujemy ostatnie metry i stawiamy stopę na szczycie. Nie da się tu nie zauważyć ogromnej wieży widokowej na którą się wdrapiemy w celu zobaczenia rozległej panoramy, którą można podziwiać, aż z czterech stron. Najpierw jednak zasłużony odpoczynek, dajemy sobie czas na spożycie posiłku i zapoznanie się z tą piękną okolicą. Na wieżę wchodzimy po 10 osób wraz z naszym uprawnionym przewodnikiem Sławkiem, który jakby stanowi główny nadzór nad nami i całą eskapadą. Jola, która za zadanie dostała omówienie panoramy z Mogielicy dzielnie radzi sobie z poszczególnymi szczytami. Jest tu ogromne pole do popisu, z racji tego, że ze wszystkich czterech stron coś widać. Wiatr jest tu tak silny, że koledze porywa w międzyczasie mapę, na szczęście chłopaki łapią ją na dole. Moja się potargała poprzedniego dnia na Ćwilininiu. Widoki niezapomniane. Z Mogielicy podziwiać możemy między innymi Beskid Sądecki (Przehyba, Skałka, Radziejowa - kierunek na południe) Beskid Wyspowy ( na północy i płn - zach. dostrzec możemy Luboń Wielki, Szczebel (inni mówią Strzebel) Lubogoszcz, Ćwilin, Śnieżnica, pomiędzy nimi wyłania się Lubomir Beskidu Średniego, pomiędzy Luboniem Małym, a Ostrą wyłania się nam Leskowiec, jeden z ważniejszych szczytów Beskidu Małego, patrząc na południe mamy Gorce (Lubań, Gorc, polana Gorc Troszacki, Turbacz), zobaczymy też Wysoką (najwyższy szczyt Pienin) górującą nad Małymi Pieninami i Smerekową, w końcu Beskid Żywiecki z charakterystyczną Babią Górą zwaną Królową Beskidów, bo jest najwyższym szczytem w Beskidach i pasmem Polic (patrząc na północ), a nawet Tatry przy bardzo dobrej widoczności (Łomnica, Hawrań, Gerlah - najwyższy szczyt Tatr Słowackich, Lodowy Szczyt, Rysy, Krywań, Świnica). i Takie oto cudowne widoki otaczają Mogielicę. Za ewentualne błędy w panoramie bardzo przepraszam. Kiedy już zeszliśmy  na dół, na górę udała się kolejna grupa. Zanim opuścimy Mogielice koleżanka Jola opowie nam trochę o tym szczycie, który jest najwyższym szczytem Beskidu Wyspowego i osiąga 1171 m n.p.m, stanowi ważny węzeł szlaków turystycznych. Potem udajemy się jeszcze pod krzyż papieski, który inforumuje nas o tym, że w tych miejsach bywał Karol Wojtyła nasz papież, który góry uwielbiał i chciał by te szlaki przez niego odwiedzane nie zostały przez turystów zapomniane. Przez Mogielicę biegnie szlak papieski z Limanowej przez Szkiełek, Ostrą, Cichoń, Przełęcz Słopnicką, Przełęcz Rydza - Śmigłego do Jurkowa. Główne szlaki, które się tu spotykają to żółty, niebieski i zielony. Mogielicę okala trasa narciarstwa biegowego spopularyzowana przez naszą słynną biegaczkę Justynę Kowalczyk. Spod krzyża również rozciąga się piękna panorama. W międzyczasie odsłoniły nam się pewne szczyty, które przedtem były za mgłą. Kolejnym i zarazem ostatnim etapem naszej trasy jest zejście na Halę Stumorgową (największa z polan na tym terenie o powierzchni większej niż 50 ha, a jej nazwa pochodzi od jednostki powierzchni czyli mórg. Kiedyś stały tu szałasy pasterskie). Z tego miejsca nadal podziwiać możemy Mogelicę (miejscowi nazywają ją Kopą ze względu na kopiasty kształt ) ze stojącą na niej wieżą. Schodzimy wreszcie ze szlaku żółtego i trasą narciarską pójdziemy do Jurkowa, gdzie czeka na nas autokar, który zabierze nas jeszcze do Szczyżyc. Tam odwiedzimy piękne Opactwo Ojców Cystersów, istniejące tu od 1234 roku. Klasztor słynął dawniej z produkcji piwa. Browar założony został w 1628 roku i prowadzony był przez zakonników do 1925 roku. Koło Szczyżyca znajduje się słynny diabelski kamień, z którym związana jest miejscowa legenda. Z tego miejsca udajemy się prosto do Krakowa i tak kończy się pierwsza wycieczka kursowa. Następnym razem poznamy lepiej Beskid Mały. Do zobaczenia w grudniu.

Poniżej : widok z Hali Stumorgowej na Mogielicę

 
Poniżej : widok z wieży na Mogielicy na stronę południową, płd. wschód

 
Poniżej : na wprost, od lewej widzimy szczyt Śnieżnicy z Przełęczy Edwarda Rydza - Śmigłego

 
Poniżej : szlakiem czarnym do Kasińki Małej

 
Poniżej : krzyż papieski na stoku Mogielicy

 
Poniżej : Hala Stumorgowa widziana spod krzyża papieskiego

 
Poniżej : wspomniana wieża widokowa

 
Poniżej : w drodze na Mogielice





 
Poniżej : panorama z wieży na Mogielicy

 
Poniżej : widok z polany Wyśnikówka


Poniżej : tabliczka informująca iż wchodzimy na teren Rezerwatu "Mogielica"

 
Poniżej : wokół Lubogoszczy

 
Poniżej : wieś Jurków
 
 


 
Opactwo Ojców Cystersów w Szczyrzycu
 


 
Poniżej : wieś Szczyżyc


 
Źródła :
 
Beskid Wyspowy, Dariusz Gacek, Oficyna Wydawnicza  Rewasz, 2012
Gorce : przewodnik dla łowców krajobrazów, Agencja Wydawnicza Wit, 2012 (panorama z Mogielicy)
 
 
 




 
 
 

czwartek, 17 grudnia 2015

Antidotum na niepogodę

Hey Kochani
 
Czy Wam też tak ciężko jak mnie? W ogóle nie mogę się do niczego zmobilizować. Pogoda taka, że tylko by się spało i spało. Bardzo niekorzystny biometr jak to mówią pogodynki. Wszędzie szaro, ponuro, nie ma słońca, a to tylko wzmaga depresje. Próbuje się ratować pozytywną muzyką i dobrymi książkami i jakoś funkcjonować. Trzeba na siłę odwracać uwagę od tego, co za oknem. Nawet moim dziewczynkom nie podoba się ta pogoda. Gdyby chociaż było biało można by pojeździć na sankach, a tu nic... Zero śniegu, zewsząd tylko ta przygnębiająca szarość. Nie lubię tej pory. Człowiek nie wie co ze sobą zrobić. Snuje się tylko bez sensu, to tu to tam i zmusza do tego by cokolwiek zrobić. Ja od dwóch tygodni próbuje czegoś się nauczyć, ale nauka do kursu także ciężko wchodzi do głowy. Do kolejnego zjazdu zostało zaledwie kilka dni i muszę przygotować swoją prelekcję na temat układ rzek i potoków w Beskidzie Małym..... Szczerze? Idzie mi to jak krew z nosa. Dziś wprowadzałam kolejne poprawki, a teraz muszę to przyswoić. Muszę, muszę, muszę, chociaż czuje się w tym temacie zupełnie zielona. Niestety. Mam nadzieje, że przynajmniej część będzie dobrze. Ale przecież nie ma to jak sztuka improwizacji, co? No nic zobaczymy. W sobotę jadę, więc mam jeszcze troszkę czasu, żeby dopieścić ten temat. A propos poprzedniego zjazdu, post na ten temat już jest prawie gotowy. Obiecuje, że już niedługo będziecie mogli poczytać o poprzedniej wycieczce w Beskid Wyspowy. Powiem tylko tyle, że było rewelacyjnie!!!!!!!!!!!!!!! Polecam wszystkim, którzy nie znają tego pasma, żeby w lecie albo na jesień ( wtedy jest jeszcze piękniej) wybrali się na Ćwilin, Lubogoszcz lub Mogielice. Nie są to takie góry takie jak Tatry, a jednak mają swój cudowny urok.
 
A teraz już z innej beczki. W sobotę byłam z rodzinką w Kraków Arena na rewi Disney on Ice  czyli 25 lat Fantazji na lodzie, oczywiście w ramach Mikołaja dla dzieci. Pokaz był niesamowity, po prostu spektakularny. Nie mogłam usiedzieć na miejscu podobnie jak moje córki, które klaskały i podskakiwały na siedzeniach. Nie mogłam się napatrzeć, dosłownie wpadłam w zachwyt nad tym, co widziałam. Uwielbiam oglądać jazdę figurową na lodzie. Zawsze marzyłam o tym by jeździć na łyżwach, ale nigdy się nie nauczyłam, więc liczę na to, że może moje pociechy kiedyś się nauczą. To świetna rozrywka, jeśli już ktoś potrafi jeździć. Atmosfera podczas rewii była niezwykle wesoła i nastrojowa. Każdy mógł się poczuć jak dziecko, które wkracza w magiczny świat bajek z dzieciństwa. Nie było to trudne, gdyż artyści na lodowisku poprzebierani byli w postaci z ulubionych bajek Disneya i tańczyli w rytm znanych i lubianych piosenek w polskiej wersji językowej więc każdy mógł sobie pośpiewać jeśli znał słowa. Była Myszka Miki, Mini, Daisy, Donald i Guffie jako główni gospodarze gali, wystrojeni w ubranka podróżników. Tego wieczoru postanowili nas zabrać w podróż dookoła świata bajek, była zatem afrykańska sawanna, Londyn, podwodny świat syren oraz skutej lodem krainy Arendel. Pojawiły się postacie z innych bajek, a wśród nich był fantastyczny król lew, syrenka Arielka, Piotruś Pan, Wendy i jej bracia, zaginieni chłopcy oraz złowrogi kapitan Hak, rak Sebastian, zła ośmiornica Ursula, a na końcu przyszedł czas na Elze, Anne, Olafa i Christopha. Wszystkie scenki były ciekawe, pełne kolorów, artyzmu, zapierające dech w piersiach, aż szkoda było wychodzić. Myślałam, że pokaz będzie dłuższy ale cóż, ogólnie wiadomo, że co dobre i wspaniałe szybko się kończy, a Ty chcesz jeszcze, jeszcze, jeszcze. Z niecierpliwością czekam więc na następny pokaz.

A teraz trochę piosenek pochodzących z moich ulubionych bajek z dzieciństwa w polskiej wersji językowej
 
 

 
 

 
 
 

Fajnie jest czasem poczuć się jak dziecko, prawda? Beztroskie otoczone zabawkami  dziecko, które ma swój wspaniały świat pełen czarów i niesamowitych przygód. Nikt poza dziećmi nie ma do niego wstępu. Nieraz korzystam z okazji i oglądam jakąś bajkę z moimi dziewczynami, bawię się z nimi lalkami albo klockami. To jest naprawdę super sprawa, kiedy możesz się oderwać od tej szarej trudnej codzienności i robić coś co nie wiążę się z gotowaniem, sprzątaniem czy prasowaniem ani z problemami. Dzięki dziewczynkom poznałam super bajkę Kraina Lodu, którą uwielbiam teraz ponad wszystkie bajki jakie znam od zawsze. Kiedyś na pierwszym miejscu stawiałam Króla Lwa, ale dziś to Kraina Lodu zdecydowanie przoduje w moim rankingu bajek Disneya. Na pewno większość z Was ją zna, bo ta bajka to obecnie totalny hit. Wspaniała fabuła, przepiękne piosenki, rozbrajające dialogii i postaci. Bajka oparta jest na baśni Andersena o królowej śniegu. Opowiada o dwóch siostrach, z których jedna od dziecka posiada niezwykłą i zarazem niebezpieczną moc przez co zostaje odizolowana od świata by nie zrobić nikomu krzywdy - mowa o księżniczce Elzie, która obecnie jest już królową Arendel. Kiedyś jako dziecko w czasie zabawy z siostrą Anną w lepienie bałwana bezwiednie użyła swej mocy i niechcący zrobiła jej krzywdę. Od tamtej pory rodzice zabronili jej zabawy z młodszą siostrą. Nikt poza trollami, Elzą i rodzicami nie wie o mrocznym sekrecie dziewczynki. Ponieważ Anna nie zna prawdy nie rozumie też dlaczego już nie może bawić się z ukochaną siostrą i bardzo ją zasmuca, że nie ma do niej dostępu. Ponadto od wielu lat nikt nie odwiedza ich zamku to też czuje się niesamowicie samotna i przygnębiona grobową atmosferą w domu. Po śmierci rodziców, którzy zginęli podczas katastrofy statku, jedyną opiekunką Anny jest surowa i zimna Elza, która nie rozumie jej uczuć ani potrzeb. Jej serce zdaje się być nieczułe skute grubym lodem tymczasem Anna jest radosna ciepła, żywa energiczna i szalona. Dzień koronacji Elzy daje jej nadzieje, że od tego dnia wszystko się zmieni, że odmieni to puste ponure miejsce jakim jest pałac, napełni go ludźmi, a ona pozna kogoś ciekawego. Niesamowicie cieszy ją ten fakt, dosłownie roznosi ją ten entuzjazm na samą myśl o tym jak może wszystko się zmienić. Przed samą ceremonią poznaje księcia Nasturi Hansa i zakochuje się w nim od pierwszego wejrzenia, a ten wykorzystując naiwność dziewczyny pozwala jej wierzyć że odwzajemnia jej uczucia. Spontanicznie postanawiają się pobrać i podczas uroczystości oznajmiają to Elzie. Ku rozczarowaniu Anny królowej wcale nie podoba się ten szalony pomysł. Zdecydowanie odmawia im błogosławieństwa i pomiędzy siostrami dochodzi do starcia na oczach wszystkich gości i poddanych. Gdy Anna zabiera Elzie rękawiczkę ta w wyniku wybuchu gniewu rzuca zły czar czyniąc Arendel krainą lodu,  przy okazji omal nie zabija ludzi. Następnie znika i zaszywa się daleko w górach w swoim własnym zamku, gdzie czuje się wolna i bezpieczna. Anna obiecuje odnaleźć siostrę i sprawić by odczyniła swój czar. Sama wyrusza na poszukiwanie Elzy. Po drodze wstępuje do góralskiego sklepu po ciepłe odzienie i spotyka tam sympatycznego i zarazem mocno wygadanego sprzedawce lodu Christopha, który ani myśli z nią współpracować. Wkrótce udaje się walecznej Annie namówić swojego opornego kompana by pomógł jej w poszukiwaniu Elzy. Powozem zaprzęgniętym w uroczego renifera Swena ruszają w drogę, ale zły los chce że ich odjazdowa bryka ulega zniszczeniu i dalej muszą iść pieszo. Tymczasem spotykają zwariowanego bałwana Olafa, który okazuje się być bałwanem ulepionym przez nią i jej siostre Elze w dzieciństwie. Olaf marzy o lecie, cieple i kaloryferze, a jego gadatliwość nieraz wyciska łzy śmiechu z oczu. Wszyscy trzej docierają wreszcie do ogromnej góry na której szczycie znajduje się zamek Elzy. Anna decyduje, że pójdzie do niej sama, gdyż nie chce drażnić siostry widokiem kolejnego faceta w swoim towarzystwie, bowiem już jeden sprawił, że na świecie zapanowała zima stulecia :) Idzie do niej z nadzieją, że uda się jej coś wskórać. Z początku Elza wydaje się miła, ale nadal pozostaje nieprzejednana. Nie chce wrócić do Arendel i twierdzi, że nie potrafi odczynić złego czaru. Nagle pojawiają się Olaf (Elza rozpoznaje w nim bałwana, którego ulepiła jako dziecko)  z Christophem co wywołuje niezadowolenie królowej. Królowa grzecznie prosi ich by odeszli ale Anna nie słucha jej i nadal stara się coś wynegocjować. Oczywiście nic to nie daje. Elza przywołuje na pomoc ogromnego śnieżnego trolla, któremu udaje się wygonić nieproszonych gości. Niestety w tym starciu Anna zostaje  śmiertelnie zraniona przez siostre odłamkiem lodu, prosto w serce. Anna i jej kompani udają się po pomoc do trolli, które jednak nie umieją jej pomóc. Oznajmiają, że teraz tylko prawdziwa miłość może ją uratować przed śmiercią. Postanawiają szybko wrócić do Arendel do księcia Hansa, który został w zamku i pełni tam władze w zastępstwie księżniczki Anny. Jego uczucie ma uchronić ją przed śmiercią. Okazuje się jednak, że książe wcale jej nie kocha i nie zamierza jej ratować. Wszystko co robi, robi dla władzy i nic więcej go nie obchodzi. Przed poddanymi udaje oczywiście rozżalonego pogrążonego w bólu narzeczonego, który oznajmia wszystkim,że Anna nie żyje. Książe każe schwytać królową, którą następnie oskarża o zabicie siostry i skazuje ją na śmierć. Tymczasem Olaf mówi Annie, że ten który naprawdę ją kocha odszedł nie chcąc wchodzić Hansowi w paradę. Rzecz jasna chodzi o romantycznego sprzedawce lodu Christopha. Ostatecznie Anna staje w obronie siostry, której Hans chce zadać śmiertelny cios i powstrzymuje go w ostatniej chwili. Po wszystkim zamienia się w bryłe lodu na oczach wszystkich. Załamana Elza na widok siostry zaczyna płakać i przytula bryłe, która okrywa Anne. To sprawia, że tamta natychmiast zaczyna ożywać, a serce królowej staje się nagle wolne od lodu. W jednej chwili zły czar zostaje odczyniony za sprawą Elzy i lód zaczyna się topić. Żeby bajka była bajką wszystko musi dobrze się skończyć. Nawet Olaf przestaje się topić. Anna biorze ślub z ukochanym Christophem, a Hans dostaje od niej słoną zapłate za bycie podstępnym łotrem.... I dobrze mu tak, nie? Od początku mi się nie podobał ten koleś. Podoba mi się za to piosenka, którą Anna z nim śpiewa. Mam kilka ulubionych piosenek pochodzących z tej bajki, za którymi wprost szaleje od pierwszego wysłuchania. Posłuchajcie ich.

 
 
 


Śnijcie słodko niczym dzieci :) do zobaczenia Kochani


 

niedziela, 29 listopada 2015

Kocham te wyspiarskie klimaty

Od zawsze lubiłam muzykę irlandzką, ten tradycyjny folk, który ściśle wiąże się z obyczajami i kulturą tego kraju i narodu. Od zawsze miałam sentyment do kobzy, której brzmienie wprawia człowieka w doskonały  nastrój. Muzyka ta  ilekroć się w nią zasłuchamy z miejsca przenosi nas do zakątków magicznych, na wietrzne zielone i  urokliwe wrzosowiska,  do tajemniczych ruin  zamków wzniesionych na wzgórzach oraz ślicznych malutkich wiosek osadzonych w dolinach, wreszcie nad cudowne skaliste wybrzeża nad którymi górują bardzo strome i ostre klify. Z daleka majaczy nam latarnia morska, a niebo przeszywają z krzykiem dwie śnieżnobiałe mewy. Taka jest Szmaragdowa Wyspa jak zwą Irlandię jej mieszkańcy i nie tylko. Wystarczy się wsłuchać, zamknąć oczy i uruchomić swoją wyobraźnię. Nieważne czy to skoczny energiczny biesiadny kawałek, przy którym podryguje całe ciało  czy klimatyczna ballada (przy akompaniamencie dud i innych nastrojowych instrumentów) , przy której możesz rozmarzyć się na całego. Najbardziej popularnym folkowym zespołem irlandzkim jest Clannad, o którym chciałabym Wam Moi Drodzy troszkę opowiedzieć. W tym właśnie zespole zaczynała karierę Enya, której rodzeństwo stanowi jedną drugą zespołu). Inne znane irlandzkie  zespoły folkowe to między innymi The Bachelors, Anuna, The Chieftains, Celtic woman, Clann Zu, The Dubliners, Lunasa czy Dervish. Niektóre z nich wykonują też muzykę typowo celtycką.


 
 
CLANNAD jest zespołem, który gra tradycyjną irlandzką muzykę folkową, ale nie tylko, bo można się też u nich doszukać trochę rocka, new age i muzyki celtyckiej. Nazwa grupy wywodzi się od irlandzkiego wyrażenia "Clann as Dobhair" czyli po polsku rodzina z Dobhar. Początki tego zespołu to historia bardzo muzykalnej rodziny Brennanów pochodzących z hrabstwa Donegal. Z dziewięciorga dzieci Leo Brennana, który był właścicielem lokalnego sklepu w miejscowości, w której mieszkali czyli Gaoth Dobhair (Gweedor) to właśnie trójka Maire zana także jako Moya, Pol oraz Ciaran śpiewali i grali początkowo w ojcowskim lokalu, potem dołączyli do nich wujowie Padraig i Noel Dugannowie, którzy wnieśli do brzmienia zespołu tradycyjny irlandzki akompaniament. Pierwszy swój sukces grupa Clannad odniosła w 1970 roku kiedy wygrała prestiżowy Letterkeny Folk Festival, a nagrodą była możliwość nagrania własnej płyty, a ten ukazał się dopiero w 1973 roku i nazywał się po prostu Clannad, który zapowiadał debiut zespołu. Na kolejnej płycie o nazwie Fuiam, która wyszła w 1982 roku,  wystąpiła z nimi kolejna z sióstr Brennan, Eithne, znana współczesnym bardziej jako Enya, która swoim pięknym unikalnym głosem ubogaciła brzmienie grupy. Po tym debiucie zaczęła karierę jako samodzielna artystka.

Pod koniec 1982 roku grupa dostała propozycje nagrania utworu, który później znalazł się na ścieżce dźwiękowej do trillera pt. Harry's game. Piosenka była w całości po irlandzku, a mimo to natychmiast odniosła sukces -  trafiła na szczyty brytyjskich list przebojów. Swoimi gaelickimi delikatnymi dźwiękami twórczość Clannad porwała całe wyspy brytyjskie. Wkrótce ukazał się ich następny album pt. Magical ring. Rok 1984 przyniósł kolejny projekt związany ze ścieżką dźwiękową - tym razem poproszono zespół o nagranie utworu do serialu Robin z Sherwood. To przedsięwzięcie również przyniosło Clannad sławę i popularność, a serial stał się światowym hitem. Ponadto zespół otrzymał nagrodę Ivor Nobello oraz BAFTA. W 1985 roku ukazał się kolejny album Clannad o nazwie Maccalla - najbardziej mistyczny album tej grupy, z nieco mocniejszym elektronicznym akompaniamentem, na którym głos Maire błądzi pomiędzy skrajną melancholią a radością. W tym czasie grupa zaprzyjaźniła się z rockowym zespołem U2, co zaowocowało wspólnym utworem pt. In a liftime zaśpiewanym wspólnie z Bono. Dwa lata później w Los Angeles Clannad nagrał kolejną swoją płytę pt. Sirius, we współpracy z najznamienitszymi muzykami w tych stronach. Następne lata przyniosły zespołowi kolejne sukcesy, a krąg publiczności ciągle się poszerzał. Każde z rodzeństwa ma na swym koncie również solowe płyty, a także projekty stworzone we współpracy z innymi zespołami i artystami w czasie, gdy potrzebowali od siebie odpocząć. Mimo to w ciągu 10 lat (do roku 1999) wyszło jeszcze pięć płyt Clannad. Trzeba dodać, że zespół kilkakrotnie gościł w Polsce i w ramach tych wizyt odbyły się koncerty. Pierwszy ich występ w naszym kraju miał miejsce podczas festiwalu w Sopocie, a ostatni w 2014 roku w Warszawie w Klubie Stodoła. Ostatnia płyta Clannad nazywa się Nadur i ukazała się w 2013 roku.


 
 

 

Enya tak naprawdę nazywa się Eithne Patricia Ni Bhraonain, ale żeby nie utrudniać źródła podają po prostu Enya Brennan. Urodziła się 17 maja 1961 roku w Gaoth Dobhair w wielodzietnej rodzinie z tradycjami muzycznymi (jej dziadkowie występowali w grupie muzycznej z którą przemierzali Irlandię, jej ojciec zanim otworzył pub był liderem zespołu Slieve Foy Band, matka zaś występowała w zespole tanecznym i śpiewała w grupie muzycznej w Gweedore Comprehensive School) jako czwarta z dziewięciorga. Jest wybitną instrumentalistką, kompozytorką i wokalistką posługującą się wspaniałym mezzosopranem. Muzyka, którą tworzy klasyfikuje się jako połączenie new age z elementami muzyki celtyckiej (czyli szeroko pojęty gatunek muzyczny zaliczany do muzyki folkowej, wywodzący się z tradycji muzycznej narodów celtyckich). Do Clannad - zespołu tworzonego przez siostre, braci i wujów dołączyła w 1979 roku. Śpiewała i grała na instrumentach klawiszowych. Opuściła grupę w 1982 roku wraz Nickiem Ryanem (menadżer i producent zespołu Clannad)  i jego żoną Romą z którymi współpracuje do dziś. Pierwsze utwory zarejestrowane przez nią utwory : On Gaoth On Ghrian ( ang. The Solar Wind) i Miss Clare Remembers które znalazły się na płycie Touch Travel wydanej w 1983 roku. Jako Enya wystąpiła po raz pierwszy w 1984 roku będac autorką muzyki do filmu The Frog Prince na ścieżce dźwiękowej pod tym samym tytułem. Rok później powstała skomponowana przez Enye muzyka do serialu telewizyjnego The Celts dla BBC. Zanim na rynku muzycznym pojawił się jej pierwszy album artystka wystąpiła gościnnie na płycie Sinead O'Connor pt. The Lion and the Cobra (1987). 

Przełomem w karierze Enyi był rok 1988 roku, kiedy wydała  album Watermark.  Znalazł się na nim utwór Orinoco Flow, który zaraz stał się wielkim hitem i trafił na szczyt listy Uk Charts, a sam album sprzedał się w wielomilionowym nakładzie. Kolejny album Shepherd Moons ukazał się w 1991 i od razu trafił na szczyty list przebojów najlepiej sprzedających się  albumów w Wielkiej Brytani. Krążek ten przebywał na liście tygodnika Bilboard ponad 200 tygodni. Z niej pochodzą takie utwory jak Carribean blue czy Book of days. Sukcesem okazała się też kolejna płyta The Memory of threes (1995) a promujący ją kawałek Anywhere Is pojawił się w pierwszej dziesiątce UK Charts.
Po pięciu latach wyszedł album A day without rain, który okazał się najlepszym w dorobku irlandzkiej artystki, cieszącym się popularnością szczególnie w USA. Pochądzący z tego krążka utwór Only time powrócił na listy przebojów 11 września 2001, pamiętnego dnia kiedy doszło do zamachów World Trade Center w Nowym Jorku.

Enya jest autorką magicznego utworu May it be, pochodzącego ze ścieżki dźwiękowej do filmu Władca Pierścieni : Drużyna Pierścienia,  za który dostała nominację do Oscara (2002). Piosenkę zilustrowano kadrami promującymi pierwszą  część tolkienowskiej trylogii. Enya na każdym kroku potwierdza, że jest niesamowicie profesjonalną artystką, która potrafi oczarować niejednego słuchacza,  ponieważ jej uroczy, wręc epicki mezzosopran tworzy nieprawdopodobny klimat i atmosferę w utworach, które komponuje.

W 2005 artystka wydała znów bardzo oryginalny krążek o tytule Amarantine. Dlaczego mówię oryginalny? Ciekawostką jest bowiem to, iż na tej płycie znajdują się dwa utwory zaśpiewane przez Enye w języku Loxian stworzonym specjalnie przez autorkę tekstów piosenek, Rome Ryan. Muszę przyznać iż bardzo mnie pociągają takie kombinacje. Z początku myślałam iż śpiewa po irlandzku, a tu się okazało że wcale nie. Za to właśnie kocham twórczość tej błyskotliwej Irlandki, za tą magię i folklor, który do każdego utworu przemyca w innym wdzianku i doskonałej oprawie instrumentalnej. Jej eksperymenty z muzyką to coś co tak bardzo mnie pociąga u Floydów.... Aż się zaczynam zastanawiać jakby zabrzmiała z Gilmourem :)

Rok 2008 przyniósł tym razem niezwykły świąteczny album pt. And a winter came (I zima nadeszła) który stał się kolejnym wielkim hitem irlandzkiej piosenkarki. Pełen ciepłych nastrojowych baśniowych piosenek o charakterze kolęd, których można posłuchać siedząc sobie przy kominku w zimowy wieczór z ciepłą herbatą ciesząc się bliskością rodziny i wspaniałą atmosferą tych magicznych świąt. Jednym z utworów jest oczywiście znana wszystkim na świecie kolęda Cicha noc, zaśpiewana przez artystkę w języku irlandzkim. Innym utworem, który promował ten krążek był kawałek Traines and winter raines i cieszył się ogromną popularnością również w Japoni. Jak zawsze trafiła z tym utworem w moje gusta. Tak się w nim zasłuchałam, że ciężko było mi się potem od niego oderwać. Naprawdę super kompozycja o świetnym charakterze. Łatwo wpada w ucho i zostaje w nim na bardzo długi czas.

Całkiem niedawno bo 20 listopada na światowym rynku muzycznym pojawił się najnowszy studyjny album Enyi pt. Dark Sky Island promowany przez singiel Echoes in the rain. Z chęcią zapoznam się z całą płytą, gdyż każdy album tej Perły Irlandii jak ją nazywam warty jest dokładnego przesłuchania. Nic tylko pozazdrościć tej błyskotliwości i talentu. Jest Gwiazdą która nie zgasła do dziś i po tylu latach wciaż nas zachwyca wydając albumy pełne magii. Enya tworząc swoją muzykę robi to niezwykle profesjonalnie. Zawsze chętnie słucham jej płyt, gdy potrzeba mi ukojenia nerwów, psychicznego odpoczynku. Zawsze są pod ręką :)


 
 
 
 
 
 
 

Moya Brennan właściwie  nazywa się Maire Ni Bhraonain. Urodziła się 4 sierpnia w Gweedore w Irlandii podobnie jak jej młodsza siostra Enya. Moya jest najstarszą z dziewięciorga swojego rodzeństwa. Znana jest głównie z zespołu Clannad w którym występuje śpiewając i grając na tak wdzięcznym instrumencie jak harfa. Jej piękny alt stał się powszechnie rozpoznawalny dzięki sukcesom zespołu (przełomowym momentem w jego karierze było stworzenie ścieżki dźwiękowej do brytyjskiego serialu Harry's game, użytej także w filmie Czas Patriotów, następnie muzyka do produkcji Ostatni Mohikanin, wreszcie muzyka do serialu Robin z Sherwood i utwór In a lifetime), które pozwoliły jej się rozsławić jako solowej artystce o unikalnym głosie. Trzeba w tym miejscu zaznaczyć iż Moya mimo że nie jest tak popularna jak jej siostra jest jednak doskonałą wokalistką i wybitnym muzykiem. Z początku wszystkie jej longplaye sygnowane były imieniem Maire, tu między innymi : Maire z 1992 roku, Misty Eyed Adventures z 1995, Perfect time z 1998 roku czy nominowany do nagrody grammy Whisper to the Wild water z 1999 roku. Od 2002 roku artystka występuje jako Moya Brennan i tak też sygnowane są jej niektóre wydawnictwa : Two horizons z 2003 roku oraz wydany dwa lata później album świąteczny An Irish Christmas z 2005 roku. Gatunek jaki Moya reprezentuje to międzynarodowy folk a także new age z domieszką muzyki celtyckiej. Mieszka w Dublinie, dużo podróżuje i angażuje się charytatywnie. Jest też ambasadorką dobrej woli Christian Blind Mission. Jako ewangeliczna chrześcijanka należy do kościoła będącego częścią Wspólnoty Zborów Bożych. Dwukrotnie wystąpiła w Polsce z zespołem Clannad oraz czterokrotnie solo.

 
 

 


 
 
Prawda że cudowne te siostry Brennan? Jeśli chcecie możecie przeżyć niezwykłą
przygodę z ich wspaniałą muzyką przeniesieni w historyczne czasy. 

Źródła :

https://pl.wikipedia.org/wiki/M%C3%A1ire_Brennan

https://pl.wikipedia.org/wiki/Clannad

https://pl.wikipedia.org/wiki/Enya


 

czwartek, 29 października 2015

Czym byłaby sztuka bez smutku?

                                                                        Hey Kochani

Zima  na szczęście już sobie poszła. Jak była tak się rozpłynęła razem ze śniegiem, który rozpuścił się w tempie błyskawicznym. I dobrze. Pogoda jest względna, a ja i tak mam doła. Chwilowo, ale mam, bo czasem się to zdarza. W sumie nie wiem o co tak naprawdę biega, ale czuje się tak jakby mi czegoś brakowało. Momentami czuje się tak jakby mnie ktoś zamknął w złotej klatce. czy Wy również się tak czasem czujecie? Dziwne uczucie. Nawet nie wiem jak określić to co czuje.... Fakt, czasem lubię się poumartwiać, posłuchać smutnych piosenek, poczytać smutne książki, bo tak naprawdę wszystko co jest w sztuce pięknego jest przede wszystkim smutne... Nieraz wręcz potwornie. Artyści są przeważnie chodzącymi depresantami, którzy skłaniają nas do głębokich refleksji i urzekają talentem. Tak więc widzicie, że bez smutku się nie obędzie. Najlepsze książki to te które kończą się tragicznie i przesiąknięte są po brzegi dramatyzmem. Zawsze takie lubiłam, więc sama postanowiłam zacząć coś pisać, choćby dla własnego poczucia spełnienia. Nie widzę jej póki co na półkach w księgarniach, ale... Może kiedyś się uda, nie tracę nadziei. Staram się myśleć pozytywnie mimo iż wszyscy straszą mnie jak ciężko wydać książkę w Polsce, że graniczy to niemal z cudem. Oczywiście zdaję sobie z tego sprawę ale nie zamierzam się poddać. Jeśli ją skończę na pewno będę walczyć do końca o to by ktoś mi ją opublikował. Zawsze trzeba walczyć o marzenia, bez tego się nie spełnią. Powiem Wam że nawet nie chodzi mi o pieniądze ani o sławę. Sława jest uciążliwa i często przynosi ból. Wiele jest znanych osób, które zapłaciły wysoką cenę za spełnienie swoich marzeń, za zrealizowanie się w życiu, bo nie odnalazły się w tym obcym świecie, którego próg przekroczyli. Rzeczywistość okazała się zbyt okrutna, zbyt ciężkie brzemię przyszło im nosić. Gdy nagle stajesz się sławny i bogaty, szybko tracisz poczucie rzeczywistości. Łatwo się zachłysnąć tym co daje ten inny świat, a potem z przerażeniem uświadomiasz sobie, że gdzieś w tym wszystkim zatraciłeś samego siebie i swoje szczęście. Tak niewiele trzeba żeby zgubić właściwą drogę w życiu, zboczyć z wyznaczonej ścieżko. A potem błądzisz wśród ciemności szukając światła, ale jego nie ma. To niesprawiedliwe, że robienie tego co się kocha potrafi tak stoczyć człowieka w przepaść. Każdy chce robić w życiu to co lubi, a nie to co musi. Są więc dwie drogi, zaryzykować albo żyć w niepewności. Zatem próbuj, rezygnuj z niczego. Albo Ci się uda, albo przepadniesz. To zupełnie tak jak w miłośći prawda? Kto nie ryzykuje ten w kozie nie siedzi. Życie jest jak gra, bo nigdy nie daje gwarancji, że wygramy. Tak więc całe życie ryzykujemy rzucając na szalę nasze szczęścię modląc się by coś nam się udało, zaciskając pieści albo trzymając kciukasy. Życie jest rosyjską ruletką, szczęśliwym układem w pokerze. Warto szukać, bo ci którzy szukają w końcu znajdują to czego szukali, czyż nie?
 
Niedawno całkowicie oczarowała mnie nowa piosenka Adele pt. Hello pochodząca z najnowszego albumu tej genialnej angielskiej piosenkarki. Kiedyś już wspominałam, że uwielbiam słuchać tej niezwykłej osóbki, bo nie dość, że ma fantastyczny pełen emocji głos i mądre życiowe teksty. Jej piosenki poruszają mnie do głębi, odnajduje w nich to co rzadko dzisiaj można znaleźć u współczesnych artystów. Utwory Adele to kwintesencja prawdziwej muzyki, wyrażające wszystkie emocje i przeżycia i każdy słuchacz może u niej znaleźć cząstkę swoich doświadczeń. Piosenka Hello jest utworem o stracie ukochanej osoby, której kiedyś złamało się serce. Bo w życiu tak jest, że czasem  nawet przez pozornie głupie błędy tracimy kogoś na zawsze, bezpowrotnie. Może to być partner lub przyjaciel albo członek rodziny. Każdemu można złamać serce, świadomie lub nie, a jednak rana krwawi długo i nie chce się zabliźnić. Nasz żal nie zawsze pomaga skrzywdzonej osobie, nie wystarczy też zwyczajne przepraszam. Są rzeczy za które przeprosić się nie da. Człowiek miota się wówczas, między przeszłością a teraźniejszością, nie mogąc znaleźć sobie miejsca, bo ciągle rozmyśla, zastanawia się gdzie popełnił błąd. Czasem chciałoby się cofnąć czas, ale prawda jest taka, że się nie da. Powrót do przeszłości jest niemożliwy, a spotkanie po latach przynosi tylko ból obu stronom. Nagle okazuje się, że ten ktoś zamknął już stary rozdział i zaczął nowy, w którym nie ma dla nas miejsca. Niektóre błędy wiele nas kosztują. Słuchając Hello mam ciary. Okropne ciary, tak jakby sama to przeżywała. Już dawno żadna piosenka, tak mnie nie dotknęła. Posłuchajcie.
 
 
 
 
Pozwoliłam sobie zapożyczyć tłumaczenie z tej strony :
 
Cześć, to ja
Zastanawiałam się,
Czy po tych wszystkich latach
Chcesz się spotkać,
By zostawić to wszystko za sobą
Mówią, że czas leczy rany
Ale ja nie czuję się uleczona


Witam, czy mnie słyszysz?
Jestem w Kalifornii marzę o tych, którymi kiedyś byliśmy,
Gdy byliśmy młodsi i wolni
Zapomniałam jakie to uczucie, gdy ma się świat u stóp
Jest wielka różnica między nami
I to liczona w milionach mil

Witam, z drugiej strony
Musiałam dzwonić tysiąc razy by Ci powiedzieć,
Przepraszam, za wszystko, co zrobiłam
Ale gdy dzwoniłam nigdy nikogo nie było w domu

Witam raz jeszcze
Przynajmniej mogę powiedzieć, że starałam się rzec Przepraszam za złamanie Ci serca
Ale to nie ma znaczenia, bo najwyraźniej już się tym nie przejmujesz

Cześć, jak się masz?
 
A oto inne cudowne piosenki Adele, ciepłe pełne emocji i uczucia. Moje ukochane.
 
                                                       Adele : One and only
 
 
Adele Someone like U
 
Adele : Don't U remember
 
 
Adele Make U feel my love
 
 
Adele Take it all
 
 
Adele Skyfall
 
 
Piosenka pochodząca ze ścieżki dźwiękowej do filmu o Jamsie Bondzie pt. Skyfall. Pochodzi ze strony : http://www.tekstowo.pl/piosenka,adele,skyfall.html 
 
 
To jest koniec
Wstrzymaj dech i policz do dziesięciu
Poczuj jak Ziemia drży, a potem
Usłysz jak me serce znów pęka

Jako że to koniec jest
Utonęłam i wyśniłam tę chwilę
Tak bardzo spóźniona, jestem im to winna
Oddalam się, skradziona

Niech niebo runie
A gdy będzie się walić
Staniemy prosto
I razem się z tym zmierzymy

Niech niebo runie
A gdy będzie się walić
Staniemy prosto
I razem się z tym zmierzymy
Gdy będzie upadać
Gdy będzie upadać

Skyfall początkiem jest
Tysiąc mil stąd, na przeciwnych biegunach
Gdzie zderzają się światy, a dni są mroczne
Możesz mieć mój numer
Możesz wziąć imię me
Lecz nie będziesz miał mego serca

Niech niebo runie (Niech niebo runie)
A gdy będzie się walić (A gdy będzie się walić)
Staniemy prosto (Staniemy prosto)
I razem się z tym zmierzymy

Niech niebo runie (Niech niebo runie)
Gdy będzie się rozpadać (Gdy będzie się rozpadać)
Staniemy z podniesionymi głowami (Staniemy z podniesionymi głowami)
I razem stawimy temu czoła
Gdy będzie upadać

(Niech niebo runie
A gdy będzie się walić
Staniemy prosto) / x2

Gdzie idziesz, tam ja pójdę
Co widzisz, ja też widzę
Wiem, że nigdy nie będę sobą
Bez opieki
Twych kochających ramion
Chroniących mnie przed krzywdą
Połóż rękę na mej ręce
I stańmy

Niech niebo runie (Niech niebo runie)
A gdy będzie się walić (A gdy będzie się walić)
Staniemy prosto (Staniemy prosto)
I razem się z tym zmierzymy

Niech niebo runie (Niech niebo runie)
A gdy będzie się walić (A gdy będzie się walić)
Staniemy prosto (Staniemy prosto)
I razem się z tym zmierzymy
Gdy będzie upadać

Niech niebo runie
Staniemy prosto
Gdy będzie upadać
 
 
Ostatnio wróciłam do szlifowania swojego odrobinę zaniedbanego angielskiego. Tak pomyślałam, że jak skończę kurs przewodników pójdę znów na kurs angielskiego do jakiejś szkoły i spróbuje zrobić jakiś certyfikat, a potem jak mi się uda to... zdać to będę mogła oprowadzać po górach wycieczki anglojęzyczne. Byłoby fajnie, ale póki co skupiam się na poznawaniu gór i szlaków polskich. Od czegoś trzeba zacząć. Mimo to o angielskim nie zapominam. Powtarzam sobie słówka wyrażenia, robię testy, żeby wiedzieć ile umiem, pamiętam, a co trzeba poprawić. Poza tym w ramach nauki angielskiego sama piszę własne krótkie teskty żeby ćwiczyć pisownie, a przy okazji spełniam się jako debiutująca autorka tekstów. Lubię się uczyć angielskiego, a słuchanie muzyki i pisanie to mój ulubiony sposób nauki. Nie wkuwanie na siłe, ale przyswajanie poprzez słuchanie. Najbardziej lubię ten angielski z Wielkiej Brytani. W porównaniu do angielskiego ze Stanów jest czysty i dbały, chociaż sprawia problemy ze zrozumieniem i trzeba poświęcić mu dużo więcej czasu i uzbroić się w cierpliwość. Jestem zdania, że z czasem wszystko da się ogarnąć jeśli się chce, gdyż jak powszechnie wiadomo praktyka czyni mistrza. To samo jest z pamięcią ludzką. Trzeba ją ciągle doskonalić, a będzie nam służyć po wsze czasy. Pamięć absolutna - jest coś takiego, wierzę w to, co mnie popycha dalej ku doskonałości. Moja  mama mówi, że od dziecka miałam świetną pamięć fotograficzną i nie tylko, ale muszę powiedzieć, że moja starsza córka ma jeszcze lepszą. Za każdym razem kiedy gramy w grę memory card ona wygrywa i to z dużą przewagą. Jest niesamowicie bystra, młodsza Lena także. Świetnie przyswajają wiedzę, lubią książki naukowe i historyczne, oczywiście ja im czytam. Lubią książeczki, które mają rozkładane elementy, okienka i zakładki. Bardzo się cieszę że się tak interesują światem i wszelkimi ciekawostkami. W przedszkolu obie mają język angielski i chętnie śpiewają piosenki dzięki czemu przyswajają nowe słownictwo. Takie moje dwie błyskotliwe perełki. Jestem z nich dumna. Wiem, że ta nauka którą im przekazuje zakiełkuje w przyszłości, że będą rozwijać swoje zainteresowania i pójdą w dobrym kierunku.

Dobrą wiadomością jest także to, że wróciłam do pisania książki, z którą nie miałam styczności od lutego. Nie było mi z tym fajnie. Dosłownie męczył mnie brak weny. Potrzebowałam tego, ale jednocześnie to co kotłowało się w mojej głowie nie chciało wyjść na zewnątrz. No i tęskniłam za moimi bohaterami i za akcją, która się rozgrywa w mojej powieści. Mam nowe świeże pomysły i emocji na pewno nie zabraknie. Wzięłam się za uzupełnianie luk w pierwszym rozdziale. Ta książka opowiada o losach trzech młodych mężczyzn z Kanady, mieszkających w Vancouver, z zawodu brokerów informacyjnych, którzy otrzymują nietypowe zlecenie od pewnego Irlandczyka. Z początku wydaje się ono pociągającą przygodą toteż jak to młodzi łaknący wyzwań ludzie szybko wciągają się w nią, niestety nie zdają sobie sprawy z jakim niebezpieczeństwem wiąże się to zlecenie. Aby się tego podjąć przenoszą się do magicznego i tajemniczego Rzymu gdzie na każdym kroku czekają ich nowe niespodzianki. Każdy wątek traktuje zarówno o zmaganiu się z wyzwaniami w życiu zawodowym jak i o problemach natury osobistej, o ich wzlotach i upadkach, a także o tym jak ważni są przyjaciele w życiu człowieka. Peter (Anglik), Landon (Kanadyjczyk) oraz James (Irlandczyk) są wzorowym przykładem na to że prawdziwa przyjaźń potrafi zaistnieć również pomiędzy mężczyznami, chociaż życie jak to życie wystawia ją na różne próby. Trzymajcie za mnie mocno kciuki, bo bardzo chce ją skończyć i wydać. Wierzę że Wam się spodoba.

Trzymajcie się Kochani. Dziękuję że jesteście ze mną. Dzięki Wam chce się pisać tego bloga

Na pożegnanie jeszcze parę pięknych ciepłych piosenek ode mnie dla Was :

                                           Norah Jones : Don't know why

 
Katie Melua : Nine milion bycyles
 
 
Robbie Williams : Better man
 
 
Beth Hart : I am the one
 
 
Pink Floyd : Wish U were here
 
 


Dobrej nocy i do zobaczenia w następnym poście :)