Proza, góry i muzyka

sobota, 28 marca 2020

Z cyklu Kasine Pisanie : Idąc pod prąd 19


Rozdział 19




Waksmund - wieś koło Nowego Targu - maj 2018


Wyrwany z koszmarnego snu Łukasz oddychał szybko i nierównomiernie, a serce waliło mu jak oszalałe... ze strachu. Od razu uprzytomnił sobie dlaczego. Otóż we śnie był na Orlej Perci i obudził się w momencie,  kiedy zaczął spadać z Koziego Wierchu w okropną, ciemną otchłań, której nie chciał widzieć. Po przebudzeniu spostrzegł, że leży na samym skraju łóżka, to też szybko przesunął się na środek. Gdyby spał dalej za chwilę wylądowałby na twardej chłodnej podłodze. Jako dziecko często spadał z łóżka podczas śnienia koszmarów. - Ooo ludzie, co to znowu za bzdury - powiedział do siebie rozespany Figła. Siedząc na brzegu szerokiego drewnianego łóżka o zdobionych bokach rozmasowywał zdrętwiałe ramię i jednocześnie wpatrywał się w zaparowaną szybę w oknie. To piękne rzeźbione łóże z jasnego drzewa (olcha naturalna) zamówił dla swojej ukochanej żony zaraz po ślubie. Ona także mu się śniła ostatnio i to niezbyt dobrze. Miniona noc była dla niego niesamowicie krótka i zarazem niespokojna. Od śmierci swojego ojca nie miał takich paskudnych snów. Wypadki w górach śniły mu się rzadko, można by rzec, że prawie w ogóle. Niektórzy młodzi ratownicy, w tym Janek Zuber regularnie narzekali na prześladujące ich senne koszmary, zwłaszcza po cięższych akcjach, a on nigdy. Chyba już się na to wszystko uodpornił. W sumie trudno się dziwić. Po tylu latach pracy w pogotowiu nauczył się twardo stąpać po ziemi. Jako naczelnik musiał być hardy i opanowany. Tego samego uczył swoich podwładnych, szczególnie nowicjuszy. Mimo to z trudem przyszło mu zachować zimną krew, kiedy Julek powiedział mu o rannym Rafale. Jeszcze gorzej się poczuł, gdy dotarł na miejsce akcji i zobaczył siostrzeńca w tak fatalnym stanie... prawdę mówiąc był bliski śmierci. Judyta by chyba umarła na zawał, gdyby się wtedy znalazła na miejscu brata. Bez wątpienia... nie zniosłaby tak koszmarnego widoku. Jacek mówił mu, że szanse Rafała na przeżycie  są marne, ale są i należy wierzyć, że przeżyje, bo cuda się zdarzają. - Jasne Jacuś, jasne... zawsze trzeba wierzyć. Tylko szkoda, że w przypadku mojej żony i twojego syna nie zdarzył się żaden cud - rzucił te słowa w stronę okna po czym odwrócił od niego wzrok i rozejrzał się po sypialni. Zatrzymał spojrzenie na wiekowym zegarze podarowanym mu przez siostrę i szwagra. Antyk wisiał tuż koło rozsuwanych drzwi, po prawej stronie. Była szósta trzydzieści, do pobudki miał jeszcze conajmniej godzinę, ale nie był w stanie znów zasnąć. Do pokoju o kremowych ścianach wpadały pierwsze promienie słońca, które właśnie wyszło zza chmur. Ucieszyło go, że już nie pada. Dzięki temu będzie mógł spokojnie dojechać do pracy. Nienawidził jazdy podczas deszczu.

  • Hej tato, ja już wychodzę do szkoły - oświadczyła półgłosem Sylwia, po tym jak zaglądnęła do pokoju ojca przez uchylone drzwi. Stała na korytarzu ubrana w ciemne modne jeansy z dziurami i ciemną bluzę z otworami w rękawach. Długie czarne włosy ściągnięte miała w koński ogon. Była mieszanką matki i ojca. Piwne duże oczy i podbródek miała po nim, zaś nos, usta i policzki swojej mamy. W tym uczesaniu okropnie przypominała mu żonę. 
  • Trzymaj się mała - pozdrowił Sylwie, a potem wstał z łóżka i przeciągnął się. 
  • Aaaa tato, słuchaj... dziś mamy imprezę w szkole. Zaczyna się o siedemnastej. Mogę zostać? - Patrzyła na niego błagalnie jakby się obawiała, że tatuś się nie zgodzi. -   Po lekcjach pójdę do Marleny i tam poczekamy.
  • No możesz, możesz, ale przyjadę po ciebie koło dwudziestej i zabiorę cię do domu, okej? 
  • Ale nie musisz po mnie przyjeżdżać. Dorian i jego wujek mnie odwiozą do domu. Możesz być spokojny. -  Powiedziawszy to cmoknęła go w policzek. 
  • Że co proszę?  - Oszołomiony Łukasz patrzył na córkę jak na wariatkę. - Nie ma mowy. Nie będziesz mi nigdzie jeździć z tym gówniarzem i jakimś obcym facetem. Wykluczone! 
  • Tato przestań! - Wzburzona nastolatka ciskała w swego rodziciela błyskawicami. Z jej ciemnych tęczówek biła nieposkromiona złość. Dobry humor nagle gdzieś uleciał.  - Czemu ty zawsze musisz mieć ze wszystkim problem? 
  • Ja mam problem?! Nie dziecko, to ty masz problem. - Wycelował w dziewczynę wskazujący palec. Dosłownie się w nim gotowało. Jeszcze chwila i wybuchnie. 
  • Nie jestem dzieckiem od dawna. Oprzytomnij wreszcie! Nawet ciocia nie jest  taka przytrzymana jak ty. - Sylwia momentalnie zrobiła się czerwona na twarzy. Była wściekła na ojca tak bardzo, że miała ochotę wyjść i już nie wrócić. Gdyby nie szkoła już dawno wyprowadziłaby się do ciotki. Miała już serdecznie dość tych jego głupich fanaberi. - Możesz tak traktować Rafała albo Jaśka jak sobie na to pozwolą. 
  • Coś takiego. - Łukasz rozsunął drzwi do końca, a następnie zbliżył się do córki i złapał ją za nadgarstek.  Szybko mu się wyrwała. Przez moment mierzyli się wzajemnie morderzymi spojrzeniami. Złapał ją ponownie zanim zdążyła uciec na schody. - O nie panienko. Nigdzie nie pójdziesz dopóki nie powiem ci tego co mam do powiedzenia, jasne? - Ton Łukasza był chłodny i kategoryczny. 
  • Jesteś okropny. Mama nie miałaby nic przeciwko temu. Tylko ty zawsze wymyślasz i stwarzasz sztuczne problemy! - Sylwia z trudem się powstrzymywała od płaczu. Odgarnęła z twarzy kosmyk włosów i spuściła głowę w dół. Nie chciała na niego patrzeć. 
  • Oj uwierz, że na pewno by miała - zapewnił ją i poprawił zmierzwione włosy. - W życiu by nie pozwoliła żeby jej córka  gdzieś  jeździła z obcymi i do tego podejrzanymi facetami. Nigdy. 
  • Jakimi znowu podejrzanymi facetami? Weź już nie chrzań co? Wujek Doriana wcale nie jest podejrzany.  Prawda jest taka, że jest lepszym opiekunem niż jego własny ojciec, który wszystkich ma w dupie... Ale co ty możesz o tym wiedzieć? Stale oceniasz innych swoją miarą bez względu na wszystko. 
  • Wystarczy mi to, że go nie znam i mu nie ufam, rozumiesz? - Puścił rękę dziewczyny, która od razu uciekła na schody, a on został na swoim miejscu. - A z szacunku do twojej matki nigdy nie pozwolę mu się do ciebie zbliżyć bo jesteś moją córką i odpowiadam za twoje bezpieczeństwo. Każdy normalny ojciec na moim miejscu zachowałby się tak samo! - wpieniony pyskówkami Sylwi Łukasz podniósł w końcu głos.  Dawno na nią nie krzyczał, ale tym razem przegięła. Wyprowadziła go z równowagi. 
  • Jezu Wszechmogący zrób coś z tym moim ojcem, bo zwariuje. - Dziewczyna złożyła ręce jak do modlitwy. Mówiąc patrzyła w sufit. 
  • Z resztą temu chłopakowi też nie ufam. To niezły huligan jak się okazuje. - Łukasz dalej nie ruszał się z miejsca. Podpierając boki wodził wzrokiem po ścianach.  W głowie mu się nie mieściło, że jego ukochana córeczka może być taka bezczelna. A może to jego wina? Bo za dużo pracował i nie zauważył, że już nie jest dzieckiem. Miała szesnaście lat. 
  • Oooj to muszę cię zmartwić bo ja akurat lubię huliganów z charakterem. Kręcą mnie jak każdą normalną nastolatkę. - Sylwia odwróciła się do Łukasza plecami i zaczęła schodzić w dół. 
  • Sylwia... - warknął wkurzony i spiorunował ją srogim spojrzeniem. Wreszcie ruszył za córką, która była już w połowie drogi na dół. 
  • Czego? - odburknęła rozłoszczona nastolatka. 
  • Nie czego tylko proszę! 
  • Oczywiście tatusiu. - Po tych słowach głęboko westchnęła. 
  • Kultura obowiązuje pamiętaj córeczko.  
  • Dorian i ja jesteśmy ze sobą bo się kochamy... Tak, nie przesłyszałeś się. Nie możesz tak po prostu zabronić  nam się widywać. - Dziewczyna  zatrzymała się przy wejściu do kuchni. 
  • Jak to... jesteście ze sobą? Od kiedy? - Osłupiał. Miał tylko nadzieję, że ze sobą nie sypiają. Jeśli tak będzie musiał osobiście dopilnować żeby ten chłopak dał jej spokój. 
  • Od marca - odparła chłodno nie patrząc mu w twarz.  
  • Kiedy chciałaś mi o tym powiedzieć? - Łukasz założył ręce na piersi. Był już na dole. Oparty o balustradę przyglądał się naburmuszonej córce. Było mu strasznie przykro że Sylwia nic mu nie mówi. 
  • Już kilka razy chciałam z tobą o tym pogadać, ale ciebie wiecznie nie ma. Ciągle jesteś zajęty tymi swoimi cholernymi turystami. Nie dziw się że nic nie wiesz skoro nie masz dla mnie czasu -  wyrzuciła mu Sylwia, a potem weszła do dużej jasnej kuchni o ogromnych oknach, których ramy były z ciemnego drewna, podobnie jak stół i blaty. Najpierw napiła się wody mineralnej z wysokiej szklanki stojącej na blacie przy kuchence, a później otworzyła lodówkę i wyjęła niej trzy drobne bułki owinięte sreberkiem. To było jej drugie śniadanie naszykowane do szkoły przez jej ciocie poprzedniego popołudnia. Beata od początku dbała o swoją siostrzenice i szwagra pomimo własnych problemów.  Gotowała im i sprzątała, pomagała Sylwi w nauce. 
  • Może byś w końcu zjadła porządne śniadanie - doradził córce. Był przygnębiony tym, że nie może znaleźć porozumienia ze swoją dorastającą córeczką. To już trwało dobre dwa lata. Kiedyś dawał radę.  
  • Zjem przed lekcjami. Nie martw się. - Mówiąc to zapakowała śniadanie do plecaka. 
  • Mam nadzieję, że nie uprawiacie seksu. - Bardzo chciał by powiedziała że tak nie jest. Aż go porywało na myśl, że ten łobuz może się do niej dobierać. 
  • Zwariowałeś tato - oświadczyła Sylwia. Jednocześnie przewróciła oczami. 
  • Zadałem proste pytanie - naciskał Łukasz. Jego głos przybrał ostrzejszy ton. 
  • Nie tato, jeszcze nie poszliśmy do łóżka. Nie było ku temu dobrej okazji. - Sylwia przeszła obok stojącego w progu ojca i skierowała swe kroki w stronę drzwi wyjściowych. Nastepnie zdjęła z wieszaka kurtkę i w pośpiechu założyła. Chciała jak najszybciej wyjść. Nie zamierzała dyskutować z nim o swoich intymnych potrzebach. Strasznie pragnęła zbliżenia z Dorianem i cały czas snuła plany jak zorganizować potajemną schadzkę. Podobał jej się jak żaden inny rówieśnik, bo był zbuntowany i pyskował do dorosłych. 
  • Jeszcze? - Łukasz drapał się po policzku. - To znaczy, że planujecie...? 
  • O Boże  tato jak ty nic nie ogarniasz! Moje koleżanki już dawno mają ten pierwszy raz za sobą, tylko ja odstaje od grupy. 
  • Coś strasznego po prostu! - To co usłyszał gwałtownie podniosło mu ciśnienie.  - Dziewczyno czy ty słyszysz co mówisz? Czego ty im zazdrościsz, że się puszczają? Twoje koleżanki to zakichane gówniary, a seks jest dorosłych. Do tego potrzeba odrobinę rozsądku.
  • Rafał w moim wieku już się bzykał z dziewczynami. Jemu zawsze wszystko uchodzi na sucho, bo jest ukochanym synkiem swojej mamusi. Czemu on mógł robić co chciał, a ja nie? 
  • A co mnie obchodzi Rafał?! To nie mój syn tylko cioci Judyty. Mnie interesujesz ty i twoje problemy. Nie chce, żebyś potem żałowała swoich nie nieprzemyślanych działań. Zrozum dziecko, że pewnych rzeczy nie da się już cofnąć, a konsekwencje takich bezmyślnych poczynań bywają naprawdę gorzkie. Myślę, że twoja mama nie chciałaby abyś w tym wieku zaszła w ciążę. 
  • Aaaa tak jeszcze wracając do Rafała to... dowiedziałam się, że przeleciał kuzynkę Janka pod dachem jego rodziców. Słyszałeś?  
  • No bez jaj. Skąd ty o tym wiesz? 
  • Ludzie w Ochotnicy gadają. - Mówiąc to serwowała mu lisi uśmieszek. - Właściwie to głównie baby. 
  • Czego się tak uczepiłaś tego Rafała? Jest dorosły i sam odpowiada za swoje czyny. Każdy z nas jest odpowiedzialny za to co robi. 
  • Bo mnie wkurza to, że on zawsze spada na cztery łapy.  Co by nie zrobił... 
  • Dobra, dość tego gadania - uciął stanowczo Łukasz. - Masz czekać na mnie pod szkołą o dwudziestej. 
  • Odpuść sobie okej? - Popatrzyła na niego jak na świra. 
  • Ja ci dam odpuść sobie! - Łukasz wkurzył się na dobre. - Nie idziesz na żadną imprezę. Koniec tematu. 
  • Tato no! - krzyknęła stojąc w otwartych drzwiach gotowa do wyjścia. - Tato! 
  • Bez dyskusji - powiedział, a potem udał się do łazienki. Zamknął za sobą drzwi, a chwilę później usłyszał jak drzwi wyjściowe zatrzasnęły się z hukiem za Sylwią. - Kurwa mać, nie ogarniam tego. 
Mało brakowało, a wywaliłby się po wyjściu spod prysznica gdyż nie zauważył, że koło kabiny jest mokro. W ostatniej chwili chwycił się umywalki i dzięki temu uniknął upadku. Przy goleniu zaciął się dwukrotnie stępioną maszynką. Klął jak szewc do lustra i złorzeczył całemu światu. Rozłoszczony wyrzucił jednorazówkę do stojącego koło umywalki kosza na śmieci po czym sięgnął po nową. Goląc się nadal rozmyślał o zaistniałej sytuacji. Że też nie trzymał ręki na pulsie. Przecież Janek wspominał mu kiedyś że ten młody gagatek startuje do Sylwi. Powinien od razu interweniować, natychmiast! A teraz to może mieć pretensje jedynie do samego siebie. Podczas, gdy jego zajmowały sprawy służbowe córka miała wolne pole do popisu. Cud, że jeszcze nie zaszła w ciążę z tym chłopakiem. Miała na niego parcie i na ten cholerny seks. - Ach te gówniarze, nic ich teraz nie interesuje poza durnym bzykaniem.... Auuuu! - krzyknął po tym jak znów się zaciął...  Jeszcze ta sprawa z Rafałem i Majką. Jak to możliwe, że Sylwia wie o takich rzeczach, a on nie ma o niczym pojęcia? Wiedzieli wszyscy poza nim. Najgorsze jednak było to, że Sylwia powoływała się na kuzyna i uważała postępowanie koleżanek za całkiem normalne. - Wspaniale - powiedział odkładając na półkę balsam po goleniu. W końcu owinięty ręcznikiem w pasie wyszedł z łazienki i poleciał na piętro. Po drodze do sypialni wstąpił do garderoby po świeże ciuchy. Ubrał się u siebie, wyperfumował i wrócił na dół. Wychodząc zabrał swój telefon. Udał się prosto do kuchni, a pierwszym co zrobił było włączenie ekspresu. Nastawił program na włoskie espresso. Musiał z rana wypić mocną kawę żeby się do końca obudzić.  Gdy lustrował półki w lodówce odezwała się jego komórka leżąca na blacie stołu. Dzwonił Zuber. Łukasz odebrał i włączył głośnomówiący. 

  • No hej Jasiek co tam? - Wziął się za wycieranie blatów szafek kuchennych  
  • Cześć szefie - przywitał się jego podwładny. - Dzwonię do ciebie, bo przed chwilą odebrałem telefon od Julka. Mówi że masz wyłączone radio i nie odebrałeś od niego dwóch długich połączeń. Dokładnie dziesięć minut temu. Kazał ci przekazać, że dostali wezwanie i zaraz jadą z Dawidem pod Durbaszkę. Jakaś dziewczyna zgłosiła wypadek swojego kumpla w okolicy schroniska. Uraz głowy po upadku z roweru. 
  • O kurna faktycznie, nie włączyłem jeszcze radia. Niech to cholera. - Zaczął się rozglądać za radiem. Gdzie go położył do licha? Co za fatalny poranek. 
  • Komórki też nie słyszałeś? - zdziwił się Janek. 
  • Nie słyszałem bo akurat byłem pod prysznicem, a telefon został w sypialni na górze. Dobra oddzwonię zaraz do Julka, a ty jak coś tyrknij do Rafała i spytaj czy chce jechać z nami na akcje. 
  • Jasne szefie. O ile się do niego dodzwonię. Wiesz,  że on teraz lubi pospać. 
  • Okej to ja się rozłączam. Muszę pogadać z chłopakami. Narazie. - Po rozłączeniu się z Zuberem Łukasz szybko wyszukał numer Julka, a ten odebrał po dwóch sygnałach. - Cześć Julek, gdzie jesteście?... A wyjechaliście teraz? To dobrze, pogadamy na miejscu... Tak wiem. Przepraszam, że się nie zgłaszałem, zapomniałem o radiu... Okej, wypije tylko kawę i jadę do was. Narazie.
Pijąc kawę myślał o żonie. Tak cholernie mu jej brakowało. O ile prostsze byłoby jego życie gdyby miał przy sobie swoją najdroższą Ewe. Tak ciężko wychować zbuntowaną nastolatkę bez żony, która wie jak rozmawiać z córką. Tak naprawdę tylko matka wie jak przemówić do dojrzewającej humorzastej nastolatki. Ojca może się krępować bo jest mężczyzną, ale z drugą kobietą to już inna sprawa. Wiedział, że bez pomocy Beaty byłoby jeszcze gorzej. Kobiety zawsze znajdą wspólny język, a on samotny zapracowany facet zupełnie w tych sprawach wymięka. Bycie ojcem młodej kobiety to zdecydowanie  wyższa szkoła jazdy. Odchodząc Ewa mówiła mu, że będzie nad nimi czuwać i podpowiadać mu co ma robić w trudnych chwilach. Teraz właśnie na to liczył ponieważ nie wiedział jak postępować. Co zrobić żeby Sylwia zaczęła z nim normalnie gadać? Jak ją przekonać że robi to wszystko dla jej dobra. - Jezu Ewa co mam robić, powiedz mi. Nie widzisz, jak to wszystko mnie przerasta? - Podobne pytania zadawał jej już nie raz. Czasem chciał się rozpłakać bo wiedział że dzięki temu mogłoby mu ulżyć, ale nie potrafił, coś go blokowało. To prawdziwa męka nie móc się normalnie wyryczeć, kiedy się tego potrzebuje. Momentami prześladowało go uczucie, że nie są w tym domu sami, że jest w nim obecny duch Ewy. Ostatnio wyciągnął z pudła stary album, w którym były zdjęcia z wakacji w Czorsztynie. Sylwia miała wówczas roczek, a jej mama  zdrowa i pełna energi tryskała szczęściem. To były cudowne dni, bardzo szczęśliwe o ile nie nieszczęśliwsze w życiu. Oglądał je po raz pierwszy od pogrzebu Ewy, a na ich widok bolało go serce. Minęło dziesięć lat i aż trudno uwierzyć że tyle bez niej wytrzymał. Przez ten czas zmienił się w cholernego ponuraka, który dostrzegał w życiu jedynie pracę i zasady. Tylko tym żył od dawna, a praca pomagała mu przetrwać, nie myśleć o tym, że Ewy nie ma i nie będzie. Ale czy myślał również o tym jak to znosi Sylwia? Tego ranka po raz pierwszy od bardzo dawna wspomniała przy nim o mamie, a on zamiast ją przytulić krzyczał i upierał się przy swoim. Czy to dlatego że sam czuł się tak strasznie sfrustrowany że nie zauważał już nic poza własnym bólem? To nie była tylko jego strata lecz także jego biednego dziecka. Tak, teraz nagle dojrzał do tego, że sam potrzebuje rozmowy z dobrym psychologiem, a nawet wspólnej terapi z córką. Musi pogadać o tym z Calvinem, może on im pomoże. Bo kto jeśli nie on.




  •  Co jest do licha? - spytał sam siebie, gdy usłyszał walenie do drzwi. Ten hałas gwałtownie przywrócił go do rzeczywistości i rozstroił. Kto się do niego dobija o tej porze? Wskazówki na tarczy jego zegarka na ręce pokazywały dwadzieścia po ósmej. Szybko zerwał się z taboretu i poleciał do drzwi, a gdy otworzył za progiem stała zupełnie obca kobieta, nad wyraz ładna i zła jak osa. - Słucham, co się stało? Czemu pani tak wali do moich drzwi? 
  • Jeszcze się pyta no? Wyjazd mi sąsiad zablokował! - Mówiła głośno i żywo gestykulowała. Jej akcent świadczył o tym, że nie pochodzi z Polski. 
  • Jaki znów wyjazd? 
  • No jaki, jaki? Sraki. O bramę mi chodzi przecie. Zastawił pan bramę. 
  • Naprawdę? - Łukasz przyglądał się rozłoszczonej kobiecie z nieskrywaną ciekawością. Kim była ta jasnowłosa, zadziorna piękność? Nigdy przedtem jej tu widział. Wyglądała na obywatelkę Ameryki Południowej. Przez swoją karnacje i rysy twarzy przypominała trochę Shakirę. Choć nie miała figury modelki bez wątpienia była dla facetów pociągająca. Długie do ramion włosy były lśniące i pofalowane z przedziałkiem po boku. Chyba specjalnie je tleniła na blond. 
  • No nie na niby. Będzie mi pan łaskaw teraz wyjechać sprzed bramy? 
  • Ale pani narwana. Aż się chce pani zrobić zimny prysznic - zażartował Łukasz. Mimowolnie zerknął na jej rowek między obfitymi piersiami. Ubrana była w waską ciemnozieloną sukienkę z dużym dekoltem, stopy natomiast zdobiły pantofelki na niskim obcasie w tym samym kolorze. Miał wielką nadzieję że nie zauważyła jak gapił się na jej biust. Co go napadło? - Jakby co mam węża ogrodowego pod ręką.  
  • Niech pan tylko spróbuje! - Nieznajoma pogroziła mu palcem. 
  • A jak spróbuję to co będzie? - zaczepił ją znowu. Był ciekawy jak zareaguje. Kiedy ostatnio tak się droczył z przypadkowo poznaną kobietą? 
  • Nie chce pan wiedzieć. - Zlustrowała go śmiałym spojrzeniem od stóp do głów i od razu stwierdziła, że całkiem niezły z niego model. Już dawno nie widziała takiego zgrabnego męskiego tyłka. Z gęby też przystojny. Szkoda tylko, że taki z niego dożarty drań. 
  • O rety, ale powiało grozą. - Udał śmiertelnie poważnego. 
  • Proszę natychmiast zabrać swój samochód sprzed mojej bramy. Spieszę się na spotkanie. 
  • Skąd pani wie, że to mój samochód? 
  • Niech pan nie zgrywa kretyna bo... 
  • Ja nikogo nie zgrywam, a jedynie grzecznie panią zapytuje o to skąd pani wie że to mój samochód? - uciął jej Figła, a potem nagle zaczął się śmiać. 
  • No dobra, to ja się pytam sąsiedzie jaki idiota stawia samochód w takim miejscu?  Nie widzi znaku z napisem nie zastawiać? 
  • Może jakiś nieprzytomny, ale żeby od razu idiota - żachnął się lekko urażony Łukasz. 
  • Nieogarnięty to na pewno. 
  • Okej, poddaje się... To mój pojazd blokuje pani bramę. - Patrzył na nią tak jak nieraz Dawid na Justynę, gdy coś nabroił. Na czole miał wypisane winowajca. 
  • Ale z pana bezczelny typ. - Kręciła głową w geście dezaprobaty. 
  • Da mi pani chwilkę, muszę coś zabrać z domu? - spytał wycofując się do środka. Miał ochotę uciec, a nawet zapaść się pod ziemię. Wyszedł przed tą kobitą na kompletnego idiotę... Nie żeby od razu za nią szalał, ale chyba trochę mu się spodobała. 
  • Nie mam chwilki. Proszę zabrać samochód w tym momencie. - Mocno zniecierpliwiona założyła ręce na piersi i ściągnęła usta w dziubek. 
  • Bez kluczyków nie da rady - wyjaśnił i zaraz udał się na poszukiwanie kluczyków do samochodu. Znalazł je na blacie komody stojącej w pokoju gościnnym, zaraz przy drzwiach, po lewej. Obok leżało jego radio. Złapał je oraz kluczyki i pobiegł do drzwi, przy których czekała na niego ta niezwykła kobieta. 
  • Szybciej się nie dało? - zapytała, gdy stanął obok niej. Ich spojrzenia na momencik się skrzyżowały i przez tą krótką chwilę nie odrywali od siebie wzroku.  W końcu sąsiadka się rozchmurzyła i uśmiechnęła do niego szeroko. - Może jest dożarty, ale przynajmniej nie jest gburem. Po prostu lubi się  droczyć z babami - pomyślała. 
  • Chodźmy. - Powiedziawszy to żwawym krokiem ruszył w stronę bramy, a potem wyleciał przez furtkę w ogrodzeniu na pustą drogę. Kiedy spojrzał w prawo zobaczył swojego Land Rovera zaparkowanego przed bramą Tynieckich. A więc to u nich mieszkała. Był ciekawy kim dla nich jest, krewną czy znajomą? 
  • Piękne ma pan to auto - skwitowała patrząc z zachwytem na wypasioną furę przystojnego sąsiada.  
  • Dzięki  - odparł i przycisnął guzik od zdalnego otwierania zamka. Po chwili był przy samochodzie i otwierał sobie drzwi.  Gdy wsiadał za kierownicę czuł na sobie jej gorace spojrzenie. Dziwnie się czuł, kiedy go tak lustrowała. Czyżby się jej spodobał? Czy mogła być nim zafascynowana? - Właściwie czemu nie?  - zapytał samego siebie uruchamiając silnik. Odjechał kawałek,  zatrzymał się dopiero przed swoją bramą. Potem przekręcił kluczyk w stacyjce i otworzył drzwi. 
  • Po co ci ta cegła sąsiedzie? - zainteresowała się nieznajoma. Widziała jak Łukasz włącza radio i odkłada do schowka. Nie odrywała od niego wzroku. Zwyczajnie nie mogła przestać się na niego gapić. Nagle zaczął budzić w niej pożądanie.  Dawała mu najwyżej czterdziestkę. 
  • To jest radio, służy mi do porozumiewania się z innymi ratownikami, proszę pani sąsiadki - wyjaśnił kiedy wysiadł z samochodu. 
  • Jesteś ratownikiem? Wow! - Kobiecie aż się oczy zaświeciły. Była pod wrażeniem. 
  • Naczelnikiem górskiego pogotowia. Innymi słowy ich szefem. 
  • Szycha z ciebie - przyznała sąsiadka.  Nie dość, że przystojniak to jeszcze taka szycha. Musi popytać o niego siostrę, Agata na pewno sporo o nim wie i chętnie jej powie to i owo. 
  • Przepraszam za tą blokadę. Naprawdę nie wiem, co mi się stało, że go tam zostawiłem...  Jakieś zaćmienie umysłu chyba. - Było mu cholernie głupio przed nią. Jak mógł tak zaparkować samochód? Koszmar. 
  • Muszę już jechać panie naczelniku. Zobaczymy się innym razem - powiedziała na odchodnym. W końcu odwróciła się i poszła w stronę domu jego sąsiadów. 
  • Narazie - krzyknął za nią Łukasz.  



Rozdział 19. 1 

Małe Pieniny - maj 2018


Janek z Rafałem dotarli do schroniska pod Durbaszką przed Łukaszem mimo, że szli tam pieszo. Swojego opla zostawił Jasiek na podwórku przed domem kolegi, oczywiście za jego zgodą. Droga z Jaworek zajęła im niecałe trzydzieści pięć minut z uwzględnieniem kilku malutkich odpoczynków podczas, których zachwycali się urokami tak dobrze znanej im trasy - jednej z ulubionych w Pieninach. Jak na tak zaprawionych w boju chłopaków był to całkiem przyzwoity czas, ale Rafał upierał się, że mógłby być lepszy o całe pięć minut. - Ej Orzecki, dajże se już siana, co? Jak na nas to bardzo dobry czas, rewelacyjny - przekonywał go rozbawiony Góral, na co Krakus wzruszył tylko ramionami. Nie miał zamiaru się z nim kłócić o takie bzdury. - Niech sobie myśli co chce - pomyślał. Gdy stanęli przed schroniskiem od razu zauważyli dwóch ratowników wychodzących z budynku. Żeby zwrócić uwagę kolegów Janek do nich pomachał.  Julek odpowiedział tym samym i zaczęli z Dawidem schodzić po schodach.  Najpierw się przywitali, a potem Zawada przedstawił nowego ratownika Zawisze, który działał w grupie podhalańskiej już kilka dni. Zanim do nich dołączył był członkiem grupy bieszczadzkiej. Przeniósł się ze względu na przeprowadzkę do Rabki Zdroju gdzie, mieszkała jego przyszła żona oraz jej chora matka. On sam pochodził z Rzeszowa, ale świetnie znał teren, na którym działała grupa podhalańska, więc przeniesienie go nie stanowiło żadnych problemów. Łukasz wiedział, że Dawid ma Beskidy w jednym paluszku, ponieważ dużo razem wędrowali, a znali się już blisko dwa lata. Pierwsze ich spotkanie miało miejsce podczas szkolenia, które Figła przeprowadził z jego zespołem w Ustrzykach Górnych. Młody Zawisza mocno wtedy u niego zaplusował. Nie dość, że miał ogromną wiedzę z zakresu ratownictwa górskiego i medycznego to jeszcze był świetnym grotołazem. Z charakteru do złudzenia przypominał Janka Zubera, jego ogromna samodyscyplina i opanowanie bardzo imponowało przełożonym. Służył także w pogotowiu ratunkowym jako pilot śmigłowca.

  • Dziwne, że szefa jeszcze nie ma - zauważył Zuber i rozglądnął się. Droga doprowadzająca do niebieskiego szlaku świeciła pustką. W pobliżu schroniska też nie dostrzegł innych ludzi.  - Jest za dziesięć dziesiąta.  
  • Utknął w korku na drodze do Krościenka nad Dunajcem - odparł prędko Zawada i potatł nadgarstek. W drugiej ręce trzymał jakąś teczkę. 
  • Jak to utknął w korku? - zdumiony Janek wymienił spojrzenie z Rafałem. - Przecież dopiero do niego dzwoniłem i nic mi o żadnym korku nie wspominał. 
  • Dziwne co? - Julek przeczesał palcami swoją gęstą ciemną czuprynę. 
  • Faktycznie dziwne. On zawsze wszędzie jest pierwszy - potwierdził Zuber. 
  • Miejmy nadzieję, że nie zaginął w akcji. - Dawid uśmiechnął się do kolegów. Facet miał śniadą cerę, czarne jak węgiel oczy oraz ciemne krótkie lekko kręcone włosy. Był trochę niższy od Julka, lecz podobnej postury. Kurtka, którą włożył była dla niego odrobinę za kusa. Dali mu ją, bo ta zamówiona na jego rozmiar jeszcze nie doszła. 
  • W jego przypadku to się raczej nie zdarza. - Powiedziawszy to Rafał parsknął śmiechem. Ręce trzymał w kieszeni jeansów. Nagle poczuł potrzebę zapalenia więc sięgnął po papierosy.
  • Ale tu dziś wieje. Łeb chce urwać. - Janek rozcierał zmarznięte dłonie.  
  • Będzie znów prało żabami - stwierdził Julek patrząc na zachmurzone niebo. Na ich głowami gromadziły się ciemne chmury. 
  • Zapowiadali wczoraj, że będzie lało do piątku - powiadomił Julka Zuber. 
  • Hej chłopaki, a co z tym rowerzystą z urazem głowy? - zainteresował się Rafał. - Czemu nie jesteście przy nim?
  • Śmiem twierdzić, że nie było żadnego wypadku - odpowiedział Zawada i podrapał się po delikatnie zarośniętej twarzy. 
  • No coś ty kurna. Serio mówisz czy bajasz? - Orzecki patrzył na kumpla jakby mu nagle wyrosły trzy głowy. Wreszcie strzepnął popiół z papierosa na ziemię. - Co to za jazda w ogóle? 
  • Niech ci Dawid powie, bo mnie już raz poniosło.  - Zawada wskazał ręką stojącego obok nowego kolegę. - Mniemam, że wyczerpałem już cały łaciński słownik.  
  • Cóż, wyglada na to, że ktoś nas wyprowadził w pole. Zachodzimy na wskazane miejsce, a tu słuchaj nie ma ani ofiary wypadku ani osoby, która zgłosiła zajście. Nikogo, nie wspominając już o samym rowerze. Wyparowali - odpowiedział Zawisza. - Pytaliśmy turystów, ludzi ze schroniska i właścicieli.  Nikt nic nie wie o wypadku rowerzysty. 
  • To się Łukasz wkurwi. - Mówiąc to Krakus patrzył na Julka i kręcił głową. 
  •  Kolejny falszywy alarm w ciągu dwóch tygodni - dodał wkurzony Zawada. 
  • Ja to bym takich gnoi powystrzelał. - Jankiem aż trzepało z nerwów. Na bezmyślnych ludzi zawsze miał alergie.  
  • Ty chłopie, wiesz ile myśmy mieli takich przypadków u nas w Bieszczadach? - Nowy zwrócił się do Janka, a potem dodał. - W ciągu  miesiąca czternaście podobnych akcji. Debilów nie brakuje nigdzie. 
  • Żebyś wiedział. - Zawadą trzęsło tak samo jak Jankiem. - Marnują nasz czas, benzynę i narażają na niebezpieczeństwo. - Zgadnijcie ile razy już sobie obiecałem, że odejdę z pogotowia... 
  • Ty Julek, aleś mi teraz przywalił. Serio to rozważałeś? - Zuber był w szoku. Przyglądał się kumplowi z niedowierzaniem. Nie wyobrażał sobie, że w zespole mogłoby zabraknąć Zawady. 
  • Wyobraź sobie że tak - odpowiedział Jankowi naburmuszony Zawada. Wyraz jego twarzy wyraźnie skazywał na nastrój. 
  • To przez teściową, która buntuje mu żonę - wytłumaczył Dawidowi Janek. - Mówi mu że jest takim samym idiotą jak ci których ratuje. 
  • Moja mamusia też nie będzie zachwycona jak się dowie, że chce wstąpić do pogotowia - wtrącił Orzecki. - Po tym jak oberwałem nożem na wycieczce w górach najchętniej by mnie trzymała z dala od nich. Na samą myśl o tym, że znów się gdzieś wybiorę dostaje apopleksji. 
  • Słyszałem o tej akcji w Gorcach. Mówili o tym w telewizji  - przyznał śmiertelnie poważny Dawid. Był zszokowany gdyż  nie przypuszczał że coś takiego spotkało akurat  krewnego Łukasza. -  To musiał być niezły Meksyk, co Rafał?
  • No i to na maksa. Niewiele brakowało żeby mnie stamtąd zabrali w czarnym worku - zgodził się z nim Rafał. 
  • Byliśmy wtedy we trzech, ja, Rafał i taki Anglik. Szliśmy z Lubania do Knurowskiej, a zajście miało miejsce w okolicach Kotelnicy - opowiadał Janek. - Napadło nas dwóch agresywnych ćpunów, z których jeden miał nóż, a drugi gnata. Był jeszcze trzeci, ale trzymał się na uboczu. Chyba małolat, nie jestem pewien. Ten gnój od gnata strzelił mu w nogę i chciał nas zastraszyć, ale się nie daliśmy. Przejąłem jego broń i wyrzuciłem gdzieś w cholerę. Udało nam się go unieruchomić, ale tylko na moment bo zjawił się ten drugi z klamką i kazał go puścić. Ustapiliśmy żeby nas skurwiel nie zastrzelił. Żeby było weselej to jeszcze zabrali nam komórki.
  • Ja nie mogę kurwa, ale ludzie mają nasrane we łbach - Zawisze prawie zatkało. Zakrył oczy ręką i pokręcił głową.
  • Rafał cudem to przeżył - kontynyował Jasiek. -  To dzięki temu Anglikowi i lekarzowi, który akurat tamtędy szedł z kolegą. Bez nich byłoby po sprawie. Zajęli się nimi obydwoma i wezwali GOPR. Ja poleciałem po pomoc do Ochotnicy Dolnej, chociaż miałem świadomość, że do tego czasu to on się wykrwawi. 
  • Gdyby nie ten twardziel Calvin to bym chyba od razu wykitował. - Orzecki patrzył w ziemię.
  • Trzeba było wtedy widzieć naszego naczelnika. Mało nie padł trupem jak przylecieliśmy na miejsce akcji i zobaczył Rafała - odezwał się znów Julek. - Pierwszy raz go widziałem w takim kijowym stanie. 
  • Mnie się to do dzisiaj śni. Wpadłem wówczas w taką panikę że nie wiedziałem co mam ze sobą robić. Nigdy wcześniej tak nie fiksowałem. Gościu celował nam w łeb, mnie i Calvinovi. Wszystkich nas chciał rozwalić żeby nie mieć świadków. 


  • Przepraszam panowie, czy macie może papierosy? - zaczepił ich nagle starszy siwy mężczyzna, który nagle stanął koło nich. Był to wysoki przystojny człowiek o ciepłej twarzy i głosie. Wyglądał jak typowy turysta. Przyszedł z Jaworek podobnie jak Rafał i Janek. Zamierzał się zatrzymać w schronisku.  
  • Ja mam, poczęstuje pana - zaproponował Rafał i szybko sięgnął po fajki do kieszeni w kurtce.  Wyciągnąwszy paczkę Cross lightów podsunął ją tamtemu mężczyźnie. 
  • Dzięki dobry człowieku - powiedział biorąc od Rafała papierosa. Przestąpił z nogi na nogę. Jemu też zmarzły ręce. 
  • Nie ma sprawy. - Orzecki schował papierosy z powrotem do kieszeni.  
  • Panowie z pogotowia górskiego widzę. Coś się stało? - Mężczyzna przyglądał się chłopakom z zaciekawieniem. 
  • W sumie tak i nie, bo... - zaczął Dawid. - Chyba daliśmy się nabić w butelkę. 
  • Ktoś nas zrobił w chu... - dodał Zuber, a potem uciął wypowiedź na dwie sekundy. Nigdy nie mówił takich rzeczy w towarzystwie starszych osób. - Przepraszam, chciałem powiedzieć, że dostaliśmy fałszywy alarm o wypadku w tym rejonie i odrobinę nas poniosło.
  • Ja się wcale panom nie dziwię. Też bym był wkurwiony na coś takiego. Toż to trzeba nie mieć mózgu żeby robić sobie żarty z ratowników. Łeb bym urwał takiemu żartownisiowi. - Mówiąc to gwałtownie gestykulował. 
  • To panienka zgłosiła wypadek  rowerzysty, więc kumple przyjechali, a tu takie coś - poinformował nieznajomego Rafał. 
  • Ooo to jeszcze lepiej. Ale chyba możecie namierzyć jej numer i wysłać do niej policje.  
  • Tak zrobimy proszę pana - zapewnił go Dawid.
  • Ohoooo, zdaje się że jedzie szef - powiedział Julek po tym jak zauważył zbliżający się samochód Łukasza. - Szykujcie się.
  • To ja już panom nie przeszkadzam. Dziękuję i do widzenia. - Powiedziawszy to starszy pan zaczął się oddalać. Po chwili wszedł do budynku.
  • Do zobaczenia -  odpowiedzieli mężczyźnie chórem. 
  • Ale tu teraz ładnie - zachwycał się Zawisza. Uwielbiał urok Pienin, a szczególnie okolice Jaworek. Wysoką zaliczył chyba ze sto razy.  - Dawno nie byłem w Małych Pieninach. W wolnym czasie chętnie wyskoczę na Wysoką. 
  • Ja w sumie też - przyznał się Krakus. - Ostatnio chyba przed maturą. Jak mi się chciało lawirować to zabierałem moją dziewczynę właśnie tu i zamiast gapić się w książki... wiadomo nie? Mamie wciskałem kit, że wkuwam na łonie natury, bo by mi nie dała wyjść z domu, a jak oblałem próbną to dostała takiego szału, że tata chciał do niej egzorcyste wzywać. Skończyło się na tym, że kazała Justynie mnie pilnować. 
  • Kazała twojej dziewczynie gonić cię do nauki? - Zawisza zrobił wielkie oczy, a później zaczął się śmiać. Od razu polubił Orzeckiego, jego styl bycia i poczucie humoru. Niezły z niego agent. -  O jaaaa ciem nie mogem, stary! 
  • Nie dziewczynie, siostrze - sprostował zaraz Rafał. - Moja dziewczyna ma na imię Kynia... to znaczy Krysia, ale mówimy na nią Kynia. 
  • W tamtym czasie to on miał we łbie tylko trekking, wspinaczkę i seks. - Zuber trącił Krakusa łokciem. 
  • To chyba tak jak my  wszyscy Jasiek. - Zawisza dalej się śmiał. 
  • No nie wszyscy, bo ja lubiłem jeszcze algebre - wyznał Julek. 
  • Jaki kujon, łeeeeeee - ryknęli pozostali. 
  • Jestem chłopaki! - krzyknął do nich Łukasz. Właśnie zamykał drzwi samochodu. Zatrzymał się niecałe dwa metry od budunku. Był w świetnym humorze co zaraz rzuciło się w oczy Rafałowi. 
  • Nowa marynarka szefie? - zapytał Janek, gdy wreszcie stanęli z naczelnikiem twarzą w twarz.  Zdziwił się, że szef nie ma na sobie służbowego wdzianka. Nigdy o nim nie zapominał. 
  • Taaa, prosto od Hugo Bossa  - odparł uśmiechnięty Łukasz i poluzował krawat. - Jak tam sytuacja z tym rowerzystą?
  • Słuchaj Łukasz... - odezwał się jego siostrzeniec. - Żadnego wypadku nie było. - Ktoś se zrobił z was jaja.
  • Co takiego? - Łukasz wybałuszył oczy. Nagle zrobiło mu się goraco i poczuł buzującą w jego wnętrzu złość. Nienawidził takich akcji. Gotów był dopaść tego dowcipnisia i rozszarpać na strzępy. - Nie no, bez jaj! 
  • Falszywy alarm szefie - odpowiedział Julek.  - Panienka, która dzwoniła na centrale sprawiała wrażenie wiarygodnej,  więc nie wiem jak to możliwe.
  • Kurwa mać! - zaklął wkurzony Figła i wbił spojrzenie w ziemię. 
  • No właśnie kurwa. Kiedyś mnie krew zaleje w tej robocie. - Zawada przyglądał się  wściekłemu szefowi.
  • Sprawdziliście okolice Dawid? Pytaliście ludzi? Może jednak ktoś coś wie. 
  • Owszem szefie. Wszystko jak należy - zapewnił go Zawisza. 
  • Dokładnie sprawdziliśmy okolice. Ani turyści ani ludzie ze schroniska nic nie widzieli - referował dalej Zawada. 
  • Może jeszcze raz się rozejrzymy. Mogła przecież podać złe namiary albo co. Niektórzy turyści tak mają nie? To przecież niemożliwe żeby tak po prostu...  - gorączkował się Łukasz. - Słyszycie chłopaki? Podzielimy się na  dwie grupy i jeszcze raz przeczeszemy ten rejon. Kamyk po kamyczku.
  • Strata czasu - oświadczył Rafał i włożył do ust gumę do żucia, którą przed sekundą wyjął z papierka. Zaczął ją przeżuwać. 
  • Nie mędrkuj okej? Chociaż raz kurwa nie mędrkuj. Jesteś tu po to, żeby się czegoś nauczyć od swoich kolegów, bo oni mają doświadczenie, a nie żeby się mądrzyć. - Łukasz zmierzył siostrzeńca pełnym chłodu spojrzeniem.
  • Co ty masz z tym mędrkowaniem kurna? To nie jest mędrkowanie tylko chłodna kalkulacja... szefie. - Orzecki chciał zabić Figłe wzrokiem.  Jak on mógł go karcić przy kolegach? Jak jakiegoś głupiego małolata. Z trudem to znosił. Chciało go roznieść, gdy słuchał jego gadek. 
  • Nie przeginaj Rafał bo... 
  • Sorry szefie, że to powiem, ale...  Orzecki chyba ma racje - bronił przyjaciela Janek. Ostatnio rzadko mu się to zdarzało. Kiedy rzucił okiem w kierunku Rafała ten pokazał mu podniesionego kciuka. 
  • Janek, co ty znów...? Co to ma znaczyć? - Łukasz skrzywił się jakby zjadł coś niedobrego. - Nie możecie mi się sprzeciwiać. Od tego jestem naczelnikiem żeby ście mnie słuchali i wykonywali moje polecenia. Do tego się zobowiązujecie wstępując do pogotowia górskiego? Jeśli ci to nie pasuje Orzecki to nie masz u nas czego szukać. Przemyśl sobie to. - Starał się uspokoić, co przyszło mu z ogromnym trudem. Nikt go ostatnio tak nie wkurzał jak Rafał. 
  • Przepraszam naczelniku - powiedział Zuber i spuścił głowę, a gdy po chwili spojrzał na Orzeckiego ujrzał w jego oczach palący gniew. Jego dawny przyjaciel dosłownie kipiał ze złości.  Kiedyś byli najlepszymi kumplami, których łączyła wspólna pasja czyli góry. Razem się wspinali i jeździli na rowerach, czasem wybywali z domu na trzy dni.  Wszystko było dobrze dopóki Rafał nie wyjechał do Angli. Potem już nic nie było tak jak kiedyś.  Nagle skończyły się imprezy i wspólne wypady bo ich paczka się po prostu rozpadła.  On co prawda trzymał z Justyną i z Kynią, ale nie miał już czasu na spotkania, a Rafał znalazł inne towarzystwo. 
  • Od razu lepiej Jasiek. - Figła poklepał go po ramieniu. 
  • Chodź Dawid,  idziemy na poszukiwanie tego rowerzysty widma. - Wkurzony Orzecki trącił kolegę i ruszył przed siebie nie oglądając się na Łukasza. Dawid wstrzymał się dopóki  naczelnik nie dał mu znaku ręką, że może iść z Rafałem. 
  • Pójdziecie niebieskim szlakiem w stronę Wysokiej, ale tylko kawałek. Nie zapuszczajcie się dalej, bo to nie ma sensu! - krzyknął za nimi donośnie Figła. - Bądźcie uważni. Widzimy się potem w tym samym miejscu. 
  • Przyjąłem szefie. - Zawisza podniósł rękę do góry, a potem odwrócił się do Rafała i obaj pognali do przodu. Szybko pokonali następne sto metrów. 
  • A wy dwaj pójdziecie w stronę góry Rabsztyn, na rozwidlenie szlaków żółtego i niebieskiego - polecił Jankowi i Julkowi. - Dobrze się tam rozejrzyjcie okej?
  • Tak jest panie naczelniku. - Zawada założył ręce na piersi i skinął szefowi głową
  • Jeśli nic nie znajdziemy trudno, ale lepiej się upewnić niż kogoś zawieźć - mówił do  nich śmiertelnie poważnie naczelnik. 
  • Racja - zgodził się z nim Janek. Jego piwne ciepłe oczy uważnie lustrowały Łukasza.  On także zauważył dziwne rozkojarzenie Łukasza i zastanawiał się co też mogło być tego przyczyną. Kiedy rozmawiali przez telefon 
  • Komu w drogę temu czas, idziemy Jasiek - zachęcił kumpla Zawada. 
  • To lecimy. Narazie szefie - powiedział Janek i poszedł za kolegą. 
  • Ja też się rozejrzę -  oznajmił zasępiony Figła. - Do potem. 



Pozostawiony samemu sobie zaczął krążyć wokół schroniska. Rozglądał się bardzo uważnie, nic jednak nie wzbudziło jego podejrzeń. Musiał zaakceptować fakt, że ta dziewczyna zakpiła sobie z nich. Rafał miał racje, to była strata czasu. Powinni wracać do bazy i czekać na następne wezwanie. W końcu przysiadł na ławce koło schroniska i w milczeniu obserwował schodzących się turystów. Przychodzili tu z różnych stron. Jedni zostawali na piwo, a drudzy, szli dalej. Potem zaczepił go ten sam starszy mężczyzna, który przedtem rozmawiał z chłopakami. Chwile pogadali, a potem jego rozmówca udał się w swoją stronę - mówił mu że wybiera się na Wysoką.  Łukasz próbował nie myśleć o swojej nowej egzotycznej sąsiadce, której był coraz bardziej ciekawy ani o kłótni z Sylwią rozważającej romans z tym huliganem, ale nie umiał przestać. Ogarnięcie tego zdecydowanie przerosło super zdyscyplinowanego naczelnika GOPR, tym razem tak. Cały czas go to prześladowało i utrudniało skupienie się na tym, co trzeba. Spóźnił się na spotkanie bo za długo dyskutował z tą kobitą na temat tego cholernego auta. Głupio mu było się do tego przyznać więc wymyślił, że stoi w korku. - Figła ogarnij się kuzwa, jesteś w robocie - skarcił się w duchu.




  • Szefie tu Adrian, dzwonię z dyżurki nad Grajcarkiem - odezwał się nagle głos ratownika. Dochodził oczywiście z radia naczelnika. Adrian Wyka był jednym z nowych ratowników, który działał u nich od stycznia. Był dobry i bardzo się starał. Inni starsi stażem koledzy również go chwalili. - Mamy tu jakiegoś licealiste, który twierdzi, że nie było żadnego wypadku w okolicach Durbaszki. To niestety fałszywy alarm. 
  • No właśnie wiem. Dawid i Julek dokładnie sprawdzili teren i nikogo nie znaleźli. Pytali nawet w schronisku. 
  • Chłopak mówi, że wie kto do nas dzwonił i że chętnie da cynk, gdzie szukać fałszywego informatora. Przysięgał, że starał się ich odwieść od tego głupiego pomysłu, ale go olali więc przyszedł do bazy. 
  • To chociaż tyle dobrego - ucieszył się Łukasz. 
  • A tak poza tym szefie... jakiś koleś rzucił się z krzesełka na wyciągu na Palenice. Rzecz jasna nie żyje. Seba i Artek poszli na miejsce z noszami. Musieli się nieźle spieszyć, bo ludzie na krzesełkach zaczęli panikować. Teraz wszyscy zjeżdżają na dół i obsługa zatrzyma wyciąg. 
  • Pierdzielisz. - Łukasza aż zakręciło w żołądku na te wieści.  Niczego gorszego nie mógł się już dowiedzieć tego dnia. -  Niech to cholera.
  • Chciałbym cholera - powiedział przygnębiony Adrian. - Chłopaki mówią, że wyglądał na dwadzieścia pięć lat góra. 
  • Straszne to... potworne.
  • Zgadzam się szefie. 
  • Okej Adi, zaraz zbieram chłopaków i jedziemy tam do was. Trzymaj się. 

Dziękuję za odwiedziny, lekturę i uwagi. Bądźcie zdrowi i bezpieczni! Mam nadzieję że lektura umili Wam ten trudny czas. 

sobota, 29 lutego 2020

Gorczańskie wypady - Lubań

Sierpień 2019 - Tylmanowa- Lubań

Można powiedzieć, że pogoda mi się udała. Nie było ani zimno ani za gorąco, ale słoneczko świeciło co uprzyjemniało mi wędrówkę Z domu wyszłam przed siódmą i szczęśliwie zdążyłam na busa o 7:30 jadącego w kierunku Szczawnicy. Należy wysiąść w Tylmanowej na przystanku przed mostem, to jest dosłownie przed Krościenkiem nad Dunajcem. Przed rozpoczęciem wycieczki poszłam jeszcze do sklepu kupić sobie coś na drogę i podbić książeczki z PTTK u. Zanim znalazłam zielony szlak trochę mi niestety zeszło... Oczywiście poszłam złą drogą i musiałam się wrócić do głównej biegnącej wzdłuż szosy, a potem podejść kawałek boczną do szlaku. Gdy już znalazłam oznakowane drzewko spokojna i zadowolona poszłam dalej. Z początku idzie się po równym ale niedługo bo zaraz potem natrafiamy na znak wskazujący że trzeba iść do góry. Skręcamy w prawo na tzw. Kalwarię Tylmanowską biegnącą aż na Basztę (440 m n.p.m). Od tej pory już cały czas mamy pod górkę z małymi przerwami. Po drodze mijamy rząd metalowych krzyży (tutejsza droga krzyżowa) oraz przepiękną i zapewne bardzo starą figurę Pana Jezusa Zmartwychwstałego z drewna. Stąd podziwiam Tylmanową i Dunajec w dole. Niesamowicie mnie cieszą takie widoczki. Cały czas wspinam się tą wąską stromą ścieżką pomiędzy brzozami. Jest pięknie i cicho, a widok brzózek jeszcze bardziej mnie zadowala. Nie chce się opuszczać takich miejsc. Czasem zatrzymuje się,  rozglądam by jak najdłużej obcować z gorczańską przyrodą. Gdy w końcu wychodzę z lasu docieram do miejsca, w którym ludzie robią ogniska, a wokoło rzecz jasna rozrzucone śmieci, których nie chciało się zabrać ze sobą. Ogarnia mnie złość na to wspomnienie.  Jak można zaśmiecać takie piękne miejsca? Czy nawet turyści nie mają szacunku do górskiej przyrody?  A może to pseudo turyści zostawili po sobie ten bajzel, wrrrr. Skandal po prostu. Wychodzę wreszcie na rozleglą łąkę lub też polanę jak kto woli i szlak zielony na moment się urywa. Pierwszy raz szłam tym szlakiem w dodatku sama, więc musiałam posiłkowac się mapą i kompasem żeby wiedzieć gdzie iść dalej. Nalezy iść przez łąkę koło pól by dotrzeć do kolejnego oznakowanego drzewa. Uważajcie na znaki, gdyż bardzo łatwo zboczyć z właściwej drogi.


Poniżej: Widok z Baszty



Wspinaczka na Basztę 










Poniżej  : Widoki z polany











Na szlaku ludzi jest jak na lekarstwo. Tym lepiej bo wędrując można odpocząć fizycznie i psychicznie... (no pod warunkiem że się nie spotka głodnego niedźwiedzia). Po drodze minęło mnie zaledwie kilka osób idących z Lubania do Tylmanowej. Później już nikogo nie spotkałam aż do bazy pod Lubaniem... No tak, wszystko by było super gdyby nie obtarte pięty, jednakże nie przez nowe buty, gdyż nowe nie były.  Im wyżej się pięłam w górę kamienistą drogą tym bardziej mi owe pięty dokuczały, ale starałam się skupić nie na bólu, lecz na tym co mnie otaczało. Wspinaczka dłuży się trochę nie powiem bo praktycznie całą drogę idziemy lasem mieszanym porastającym wybitną Makowice, a ta lubi dać w tyłek. Borówek nie pojadłam bo były wyjedzone, za to udało mi się zerwać malin. Do bazy na Lubaniu jeszcze kawał drogi. Cała trasa zajmuje 4 do 5 godzin, co prawda czas przejścia zależy od możliwości indywidualnych każdego wędrowca. Mnie dała nieźle popalić, lecz nie krzywduje sobie. Kontakt z naturą wszystko rekompensuje, wszelkie trudy. Tempo miałam nienajgorsze, bo zrobiłam tę trasę w niecałe cztery godziny. Byłam w szoku, gdy spojrzałam potem na zegarek, już na miejscu. Nie dowierzałam. Pod górę zawsze pędzę niczym kozica, nogi same mnie niosą. A miałam się nie spieszyć. Dobrze że nie było upału, dzięki temu duzo. Po wyjściu z lasu ukazuje się naszym oczom grzbiet Pienin Właściwych, z Trzema Koronami na czele. Trudno ich nie rozpoznać właściwie. Zauroczona niebywale tymi widokami z ciężkim sercem opuszczam owe miejsce które jest wspaniałym punktem widokowym. Niestety zaczyna grzmieć i błyskać się. Burza przyszła z Tatr, nad którymi było ciemno.  - No to amen w pacierzu - myślę sobie przyspieszając kroku. Nie panikuje bo to nie ma sensu, po prostu idę żwawym krokiem przed siebie. Byle do przodu. 










Poniżej: To ciemne pasmo to oczywiście Pieniny, a nad nimi ledwo widoczne Taterki







Do celu zostaje godzina drogi o czym informuje mnie tabliczka przytwierdzona do drzewa. Wieże widokową na Lubaniu już widać. To bardzo pocieszające w zwiazku z pogarszającą się pogodą. Niebo niespodziewanie pociemniało, także nad Gorcami, w dodatku zaczyna kropić i jeszcze mocniej grzmi. Zatrzymuje się by wyjąć z plecaka pelerynę ponieważ dopada mnie przeczucie, że zaraz lunie. Idę dalej tym razem odkrytym terenem. Nagle dochodzi mnie trzask taki, że gotowam z butów wyskoczyć. Gdzieś daleko wali piorunami, ale słychać tak jakby to było blisko. Nieraz już tego doświadczyłam, między innymi na Babiej Górze. Z grozą myślę o tym co się dzieje w Tatrach. Tam się dopiero działo. Tu miało nie być burzy, żadnego powiadomienia smsem nie dostałam. Gdybym wiedziała że tak będzie pewnie bym nie poszła w góry...  No nic, mimo tego staram się nadal cieszyć pięknymi widokami.  Zdjęć już nie robię, zostawiam to na później, chce bowiem jak najszybciej dotrzeć do  bazy. Gdy zauważam brak znaków zaczynam się nerwowo rozglądać. Ani śladu. Dopada mnie nieprzyjemna  myśl iż chyba zabłądziłam. Gdzieś przeoczyłam znak i poszłam źle.  No ładnie,  ładnie, pogratulować. Nagle zaczyna lać, dosłownie wali żabami - w Gorcah to normalne. Tymczasem wieża widokowa na Lubaniu coraz bliżej co oznaza że baza jest tuż tuż. Zauważam waską ubitą ścieżkę wiodącą delikatnie pod górę, więc wybieram ją, a ona wyprowadza mnie wprost na ogromną polanę na skraju której znajduje się niewielka drewniana wiata - centrum zarządzania bazą na Lubaniu. Wiatę ledwo widać, gdyż wszędzie jest gęsta mgła, ale jest, widzę ją i to napawa mnie wielką radością. Nie  ukrywam wcale, że sytuacja, w której się przez moment znajdowałam podniosła mi ciśnienie. Byłam pewna, że się zgubiłam, a okazało się że szlak skręcił wcześniej, a ja sobie poszłam na około, wyszłabym koło wieży. Dotarłam do celu cała i zdrowa w towarzystwie piorunów i deszczu. Sama dotarłam i nie zginęłam w lesie i nie zjadł mnie niedźwiedź. 

Poniżej: Widoki na zachód 






Poniżej: Ta kopka to Makowica, którą musiałam pokonać w drodze na Lubań 




I wszystko za mgłą 

Tak jest pod Lubaniem po deszczu 😃
Prawda że mistycznie






Dotarłam do bazy mokra, ale nie aż tak jakby się mogło wydawać. Niektórzy byli bardziej mokrzy i dygotali z zimna. Od razu poczęstowano nas gorącą malinową herbatą która prędko postawiła nas na nogi. Poza mną były tam jeszcze dwa duże psy ze swoimi właścicielami, rodzice z dziećmi, z których najmłodsze miało może roczek. Wszyscy w dobrych humorach. W zasadzie nic w tym dziwnego, wszakże w  górach wypada mieć dobry humor i zarażać nim innych. Siedząc przy piecu grzaliśmy zmarznięte dłonie i opowiadaliśmy sobie wzajemnie różne zabawne historie, nie brakło również żartów, od których można było zrywać boków. Siedzieliśmy tak razem dopóki nie przestało padać, potem większa część towarzystwa się rozeszła, każdy w innym kierunku. Zostałam na miejscu z opiekunką bazy (przewodnik beskidzki) oraz kolegą z Warszawy, który wcześniej przyszedł innym zielonym szlakiem z Grywałdu. Z miejsca złapaliśmy porozumienie. Naprawdę nie pierwszy raz spotykam w górach ludzi, z którymi można na luzie pogadać o wszystkim i dobrze się bawić, chociaż widzieliśmy się pierwszy raz w życiu. Połaczyły nas góry i doświadczenia. Po godzinie dołączyły do nas dwie następne osoby, dwoje bazowych dziewczyna i chłopak w moim wieku. Wracali z zaopatrzeniem, po który byli w Grywałdzie. Też im nieźle dolało w drodze. I ta dwójka od razu zdobyła moją sympatię. Cała trójka okazała się super towarzystwem. 

Na końcu dotarły do bazy dwie dziewczyny idące z Turbacza. Biedne koleżanki były kompletnie przemoczone i zmęczone drogą. Jak by nie patrzeć ze schroniska na Turbaczu na Lubań trzeba liczyć jakieś 30 km co najmniej.  Kiedyś szliśmy tą samą drogą z mężem, wiem zatem że jest to solidny kawał drogi, a przy takim deszczu jak wtedy był to jest  droga przez mękę.  W takim składzie zostaliśmy do rana ponieważ grupa, która miała przybyć zrezygnowała ze względu na ulewę. Mimo to było bardzo wesoło. Do pierwszej w nocy siedzieliśmy przy piecu i śpiewaliśmy dopóki nam głosy nie wysiadły. Wieczór był piękny, chociaż zimny, bo tylko jedenaście stopni. Poszłyśmy jeszcze z dziewczynami na Wieżę popatrzeć na okolice z góry. Widoki z wieży oszałamiające o czym zaraz się przekonacie. Kiedy byliśmy na Lubaniu w 2008 roku wieży widokowej jeszcze nie było. Wówczas mieliśmy piękną pogodę i odkryte Tatry nad Pieninami i Jeziorem Czorsztyńskim. Na szczycie wieży okropnie wiało więc trochę zmarzłam mimo, że miałam na sobie ciepły polar. Nie pomyślałam, żeby zabrać ze sobą termos z gorącą herbatą. Kolejny raz zachwyciło mnie morze mgieł  spowijające wszystko wokoło. Szczyty były ledwo widoczne, a na horyzoncie dostrzec mogłyśmy drobne światełka. Jedno z nich paliło się na stacji na Kasprowym Wierchu. Spędziłyśmy na górze dobrą godzinę. Rozgwieżdżone niebo przyprawiało o zawrót głowy.  Takie noce są najpiękniejsze, a człowiekowi nie chce się spać. Można tak siedzieć do rana patrząc w niebo. Żałuję że nie wstałam na wschód słońca ale nie zadzwonił mi budzik. Dziewczyny wstały i poszły. Potem przysłały mi swoje zdjęcia na maila. Są boskie. Następnym razem wstanę. Tak przyjemnie mi spało w tym namiocie pod Lubaniem, że wstałam rześka i wypoczęta. Kocham to miejsce, bo jest niezwykłe magiczne i przyjazne. Gorce są zjawiskowym pasmem o czym już nie raz wspominałam w moich postach. Dużo o nich jest i będzie w mojej gorczańskiej powieści Idąc pod prąd, którą publikuje tu na blogu, bo to moje ukochane pasmo obok Pienin, Beskidu Sądeckiego i Wyspowego. Gorce to niemal mekka dla moich bohaterów rozkochanych w tych górach. 


Poniżej: Widoki z wieży widokowej 

To co widać z góry rano 




I znowu ta Makowica 😃😃😃 








Baza za dnia i okolica 





Poniżej: Baza namiotowa widziana z góry 


Poniżej: Tak rano wygląda Jezioro Czorsztyńskie 😃😃😃 



Zza drzew wyłania się  Czorsztyn i Jezioro Czorsztynskie


Poniżej: Krzyż i ołtarz papieski związane z wizytą Jana Pawła II 






A to ja  na wieży widokowej 










Poniżej: Zdjęcia koleżanki ze wschodu słońca 

Dziękuję Sylwia 😃😃😃 









CIEKAWOSTKI


Baszta jest to strome zakończenie grzbietu Makowicy tuż u ujścia Ochotnicy do Dunajca. Wybitny i wypiętrzony stok Baszty był jednym z punktów oporu polskich jednostek Armi Kraków przeciw niem okupantowi we wrześniu 1939 roku. Na grzbiecie tego szczytu usytuowane było sanktuarium do którego przyczynili się tylmanowscy księża w latach 70 - tych ; Józef Dominik oraz Stanisław Smaga. Figury znajdujące się w zasięgu tylmanowskiej kalwari wykonał Tomasz Zabrzeski z Kłodnego. Tuż pod szczytem Baszty zobaczyć można wspomnianą już figurę Jezusa zmartwychwstałego. 

Makowica (857 m ) to potężny szczyt na zachód od Tylmanowej, stromo wypiętrzony nad doliną Dunajca. Niegdyś na grzbiecie Makowicy w kierunku Lubania można było podziwiać piękne widoki z polany Czerteż oraz Pasterskie, dziś już nie ponieważ całkiem zarosły

Lubańskie ( 650 m) to grzbiet Lubania stromo opadającego nad centrum Ochotnicy Dolnej. Na zachód od Lubanskiego znajduje się dolina potoku i osiedle o tej samej nazwie. 

Lubań (1225 m)  to wybitny szczyt pomiędzy dolinami Ochotnicy, Dunajca i Krośnicy. Wraz z wydłużonym grzbietem Runka (1005 m) traktowany jest przez geografów jako samodzielna grupa górska i zaliczony do Beskidu Sądeckiego. Różnica wysokości względnych pomiędzy Lubaniem, a doliną Dunajca w Tylmanowej dochodzi do 840 metrów. Góra ta posiada dwa wierzchołki, wyższy ma 1225 m, niższy 1211 m, a pomiędzy nimi jest Polana Lubań zwana też Wierchem Lubania. Masyw Lubania charakteryzuje cieplejszy i suchszy klimat przez co występuje tu bujniejsza roślinność ( ponad 40 % lasów to drzewostany szpilkowe). Pierwsze wycieczki przychodziły tu już w 1845 roku. W śródkowej części Polany Lubań widoczne są resztki istniejącego tu niegdyś jeziorka wannowego, zasilanego przez wody opadowe. O stawku tym pisał w swoim poemacie Bogusz Stęczyński. Istnienie jeziorka potwierdził Kazimierz Sosnowski w swym pierwszym przewodniku po Beskidach Zachodnich. Opowieści górali mówią że zapadł się w tym miejscu koszar z owcami. Od tego czasu w święto św.  Jakuba 25 lipca, można usłyszeć dźwięk dzwonków, beczenie owiec i nawoływania juhasów. Drugie jeziorko, mniej znane znajduje się na północno zachodnim ramieniu góry,  na wysokości 700 m na Polanie Jezierne. Jest to zbiornik częściowo zarośnięty i zasilany przez wody podziemne. 

Pierwsze schronisko PTT na Lubaniu zostało spalone w 1944 roku przez Niemców,  którzy zabili tu dwóch partyzantów - ku ich pamięci postawiono na Polanie Lubań krzyż. Polegli zostali pochowani na cmentarzu w Ochotnicy Dolnej. Z tamtego schroniska powstałego w 1943 roku ( najpierw prywatne, od 1939 roku zarządzało nim Tatrzańskie Towarzystwo Narciarzy) ostały się tylko podmurówki. Obok ruin dawnego schroniska znajduje się okazała ambona skalna z piaskowca magurskiego zwana Samorody. W latach 70 - tych działo na Lubaniu (na jego połud. stoku na Polanie Wyrobki) schronisko turystyki kwalifikowanej - bacówka, która spaliła się w styczniu w 1978 roku. Na jej miejscu OZGT PTTK w Nowym Sączu uruchomił małą bazę namiotową. Obecna baza działa od lat 60 - tych, początkowo prowadzona przez Almatur, potem przez Studenckie Koło Przewodników Górskich aż do teraz. 



Fot. 
https://gorydlaciebie.pl/wyprawy/luban/luban-schronisko-1977-cz/



Fot. https://gorydlaciebie.pl/luban-schronisko-1944-gpn/


Panorama Tatr z Lubania 


Fot. 
https://zieloniwpodrozy.pl/co-widac-z-lubania/



Nazajutrz przyszło mi pożegnać się z Lubaniem. Musiałam wracać do Krakowa, dfo moich dziewczyn bo mąż szedł do pracy na rano. Z ciężkim sercem stamtąd odchodziłam zostawiając to niezwykłe miejsce do następnej wizyty. Następnym razem idziemy wszyscy razem. Po śniadaniu nawiedziłam jeszcze raz wieże widokową, żeby zobaczyć to czego nie było widać w nocy  a potem obeszłam okolice góry oraz bazy i porobiłam zdjęcia.  Przed samym wyjściem pomogłam opiekunom bazy umyć stos naczyń i gary, które zostały po kolacji. Towarzyszył mi Ania, jedna z poznanych koleżanek. Reszta ekipy poszła po borówki na pierogi. Ah, jak żałowałam że nie zostanę na takim pysznym obiedzie. Może następnym razem. Do Krościenka nad Dunajcem schodziłam z Sylwią i z Anią czerwonym szlakiem. To dość  długi, ale łagodny ( właściwie najbardziej lajtowy) i bardzo ładny pod względem widokowym odcinek Głównego Szlaku Beskidzkiego. Nie jest on tak piękny jak odcinek z Przełęczy Knurowskiej na Lubań, ale również zachwyca. Niestety zdjęcia z tamtego wypadu przepadły.  I tym razem nie udało mi się uchwycić rozgwiezdzonego nieba, ale nie wszystko co cieszy musi być utrwalone. To co cieszy często bywa niepowtarzalne. Przy schodzeniu trochę dokuczało mi nadwyrężone kolano ( pamiątka z trasy Chata pod Niemcową - Piwniczna). Odzywa się co jakiś czas, na szczęście nie zawsze. Pogoda dopisała i burzy nie było jak zapowiadali. Spokojnie zeszłyśmy do miasteczka. Gdy byłam na górze dotarły do mnie tragiczne wieści dotyczące ofiar porażenia piorunem na Giewoncie. Coś strasznego. Powstrzymam się od osądów, gdyż dużo już na ten temat powiedziano. Kolejne słowa nie przywrócą życia tym dzieciom, które zginęły. Pokój ich duszom... Bądźmy rozważni w górach, słuchajmy ratowników i przewodników, gdy mówią że lepiej nie iść bo będzie burza. Pakując się w kłopoty narażamy także ich zdrowie i życie. Uszanujmy ich ostrzeżenia by uniknąć niebezpieczeństwa. Z piorunami nie ma żartów. 

Poniżej walory czerwonego szlaku 




Mgiełka powoli opadała 


Drzewa są magiczne 













Do zobaczenia Lubaniu, do zobaczenia Gorce 

Źródła : 


1. Gorce :  przewodnik monograficzny : Andrzej Matuszczyk, Wydawnictwo Górskie, Poronin 1992 


2. https://www.chatki.com.pl/luban.html


Dziękuję  Wam za odwiedziny i komentarze.