Proza, góry i muzyka

czwartek, 1 października 2020

Z cyklu Kasine pisanie : Idąc pod prąd cz. 25

Rozdział 25

Schronisko pod Durbaszką - Wysoki Wierch - koniec maja 2018 



Ciepło odziane Justyna i Agnieszka wyszły z schroniska około dwudziestej i udały się na wieczorny spacer w stronę Wysokiego Wierchu. Już nie padało, ale za to wiało jak skurczybyk, co potęgowało przenikliwe uczucie zimna. Trzeba było się porządnie opatulić żeby nie zmarznąć. Poszły same, ponieważ ich ukochane pociechy były już po kąpieli w piżamach, a poza tym potrzebowały chwili spokoju żeby sobie pogadać o babskich sprawach. Podczas ich nieobecności chłopcami zajmowali się Zuber i Zawisza, ponieważ Łukasz musiał na chwilę zjechać do bazy centralnej w Rabce. Miłosz oraz młody Orzecki wkręcili się w grę w statki z sześcioletnim Kacperkiem, który był w ośrodku z dziadkiem. Dawid miał obiecane, że jak będzie grzeczny to na tę noc zostanie z mamą, w przeciwnym razie wróci z Figłą do Ochotnicy. Co do Zawiszy ten był już w zasadzie po dyżurze, ale postanowił zostać tu do rana, ponieważ jego Madzia znów przełożyła powrót do domu, a jemu nie uśmiechało się wracać do pustego mieszkania, wolał być z przyjaciółmi. Jego miejsce na stanowisku zajął wyznaczony przez naczelnika Marek Rywka, który akurat był wolny. Łukasz uznał, że Dawid jest zbyt zmęczony po całodziennej służbie w Pieninach. Ledwie zszedł z Turbacza i już brał udział w kolejnej akcji z tym zawałowcem za Artka Malinowskiego, który pojechał z żoną do porodu, a dwa dni wcześniej wziął dyżur za Rafała Rejze, hospitalizowanego z powodu zapalenia wyrostka. Na Zawiszy mogli polegać jak na tym Czarnym spod Grunwaldu. Zawsze stawał na głowie żeby pomóc swojemu szefowi i kolegom, ale Łukasz nie mógł pozwolić, żeby z powodu przemęczenia uległ jakiemuś wypadkowi - chyba by sobie tego nie wybaczył. Dawid co prawda był bardzo rozważnym facetem, wszak jemu również zdarzało się za mocno wkręcić w robotę. Odkąd dołączył do Grupy Podhalańskiej działał na pełnych obrotach. On i Janek bardzo przypominali początkującego ratownika Łukasza Figłę (syna słynnego Tomasza Figły - taternika, alpinisty i toprowca). On także był niesamowicie ambitny i ciągle chciał chodzić na akcje, brał za kumpli dyżury, każde zastępstwo jakie się trafiło... Do czasu aż ojciec nie udzielił mu ostrej reprymendy.






  • Super facet z tego twojego Jaśka, długo jesteście razem? - spytała Agnieszka, gdy już dotarły na czubek Wysokiego Wierchu. Chwilę potem usiadły na trawie na skraju wierzchołka w pobliżu rozłożystego świerku - było ich tu więcej i rosły w sporym odstępie od siebie, jedne wyższe drugie niższe. Wąska ścieżka, którą wychodziły na szczyt biegła dalej w dół do niewielkiej słowackiej wioski przez rozległe łąki usłane różnobarwnym kwieciem pomiędzy rozrzuconymi tu i ówdzie choinkami. Górka ta gęsto porośnięta trawą miała kształt kopuły, a szlak przebiegał łagodnie więc wejście na nią nie sprawiało szczególnego problemu. Za dnia przy dobrej pogodzie można było z niej oglądać cudowną rozległą panoramę z Tatrami na czele. Na Wysokim Wierchu była pierwszy raz. 
  • Janek to nie jest mój facet Aguś i nie jest też ojcem Dawida. Po prostu się przyjaźnimy od dziecka, a on z własnej nieprzymuszonej woli cały czas nas wspiera za co darzę go ogromną braterską miłością - wyjaśniła prędko Justyna i przerzuciła wzrok na pięknie oświetlony Wielki Lipnik, znajdujący się w dole. Pomimo braku gwiazd na zachmurzonym niebie wieczór był całkiem przyjemny, a w powietrzu unosił się zapach żywicy oraz mokrej trawy. Uwielbiała ten swoisty zapach nocy i spokój, którego rzadko można było uświadczyć za dnia, to było to za czym zawsze szła w góry. 
  • Rozumiem to, ale mimo wszystko uważam, że bardzo do siebie pasujecie. - Powiedziawszy to Agnieszka zerwała koniczynę i zbliżyła ją do nosa. Patrzyła gdzieś w dal na ledwo widoczne cienie pagórków, a cykanie świerszczy pośród ciszy napełniało ją błogością - taką jakiej nie czuła dawno. Czuła się rewelacyjnie, mogłaby tu siedzieć do rana i czekać na wschód słońca. Co za niesamowite miejsce, spokojne, cudowne, aż dziw, że jeszcze nie była na tej górze. 
  • Uwielbiam Jaśka, bo jest świetnym kumplem i jednocześnie cudownym troskliwym mężczyzną, ale on ma Basie i nie mogłabym nigdy stanąć między nimi. Kiedyś jak był wolny, jeszcze w czasach liceum to znów ja byłam z kimś innym i jakoś tak się minęliśmy. Gdybym wtedy wiedziała, że Zuber jest do wzięcia to nawet bym na tamtego nie popatrzyła, bo nigdy nie był nawet w połowie tak dobry jak nasz Janek. 
  • Nie obrazisz się jeśli spytam kto jest ojcem Dawida? - Miała lekkie obawy czy nie urazi tym pytaniem swojej nowej sympatycznej koleżanki, więc na wszelki wypadek zaczęła się wycofywać.  -  Jak nie chcesz to nie odpowiadaj... Przepraszam za to pytanie. 
  • Nie no w porządku, czemu mam się obrazić? - Uśmiechnęła się lekko dając w ten sposób do zrozumienia, że absolutnie się nie gniewa. - Ojcem Dawida jest taki jeden Marcin... Zwykły rozpuszczony gnojek który zostawił mnie gdy byłam w dziewiątym miesiącu ciąży - oznajmiła półgłosem Krakuska. W jej głosie były pozostałości bólu, który wtedy jej zadał Marcin - już tak bardzo nie cierpiała. Dzięki Calvinovi zaczęła nowe życie i uwierzyła w to, że zasługuje na wiele więcej niż ten idiota Gryka mógł jej zaoferować.  Kiedyś zazdrościła Kyni, że jest taka szczęśliwa z jej bratem, a teraz przyszła pora na nią. - Nagle się okazało, że nic dla niego nie znaczę, że byłam jedną wielką pomyłką w jego życiu i że nie zrujnuje mu przyszłości obarczając ojcostwem. 
  • Oooo choleraaaa,  co za fiut złamany, naprawdę! - rzuciła oburzona Agnieszka. Nie mieściło jej się w głowie, że facet może tak potraktować swoją kobietę, zwłaszcza ciężarną, tuż przed rozwiązaniem. Jakim draniem trzeba być. - Tak mi przykro Justyna. - Jej też poleciały łzy. Było jej żal synka koleżanki. Domyślała się co czuje Dawid, bo Miłosz przeżywał to samo. Jego ojciec, a jej mąż nieustannie go zawodził. Jedyne co potrafił to obiecywać, a dziecko, dla którego był największym idolem cierpiało. 
  • Gdyby nie świadomość, że muszę żyć dla mojego synka, który będzie mnie kochał najbardziej na świecie to chyba... - Ukradkiem starła z prawego policzka słoną łzę... a potem kolejną i następną. Nie mogła znieść, że Dawid cierpi. Przez Marcina już nie płakała, nie był tego wart. Mogłaby go zatłuc gdyby jej się nawinął, za to co zrobił własnemu synowi.  - Miałam momenty przed rozwiązaniem, że... chciałam się zabić Agnieszka... Bo kochałam tego sukinsyna i nie wyobrażałam sobie życia bez niego... Dopiero Kynia mi przemówiła do rozumu, zasadziła mi przysłowiowego kopa w dupę i wybiła z głowy głupoty. Dzięki niej zaczęłam myśleć inaczej o tym wszystkim. Zrozumiałam, że za moment przyjdzie na świat moje szczęście i muszę żyć dla niego, bo na miłość ojca nie będzie mógł liczyć. Przy porodzie byli Jasiek i Kynia, Łukasz akurat nie mógł, uczestniczył wówczas w akcji na Słowacji. 
  • Dobrze, że miałaś przy sobie takich wspaniałych ludzi. Bez nich byłabyś całkiem sama. 
  • Gdyby nie wsparcie rodziny i przyjaciół, pewnie by mi zabrali młodego, a wtedy bym zwariowała. Nie zniosłabym myśli, że jest w jakimś domu dziecka, albo w rodzinie zastępczej. 
  • Twój Dawid jest takim cudownym facetem. Inteligentny i wrażliwy... trochę gaduła, ale to jest takie urocze jak coś palnie bez zastanowienia. - Gdy to mówiła śmiała się od ucha do ucha. Ten mały zbój od razu zdobył jej serce. 
  • Twój Miłosz też i od razu widać, że wdał się w ciebie.
  • Dzięki Justyna...  - Uścisnęła jej rękę, a potem spojrzała na nią z zaciekawieniem i dodała. - Ciekawa jestem po kim Dawid ma takie gadanie.
  • Po moim  najukochańszym bracholku - odparła i mocniej opatuliła się mocniej szalem. Nagle zrobiło jej się bardziej zimno, choć miała ciepłą kurtkę. Na następny dzień zapowiadali ochłodzenie i deszcze, musieli się na to przygotować, jeśli chcieli iść na Radziejową. 
  • Który to twój brat? - ożywiła się Aga. - Czyżby ten drugi ratownik co zabrał Miłosza quadem? Fajne ciasteczko z niego... Na bank zajęty jest. 
  • To był Dawid, a mój brat ma na imię Rafał  i jest teraz w Anglii, a dokładnie w Yorku. Pojechał tam tylko na chwilę pozamykać sprawy w pracy i jak wróci to już na stałe...  dla swojej ukochanej góralki. 
  • Musi ją cholernie kochać. - Agnieszka rozmarzyła się na amen. 
  • Jak szalony - potwierdziła Justyna i poświeciła latarką na dół. - Od drugiej klasy liceum... Zawsze im zazdrościłam... w sumie to pół dziewczyn ze szkoły im zazdrościło. Byli taką dobraną parą, wiecznie zakochani po uszy... na każdej imprezie król i królowa balu. 
  • Szczęściarze. - Agnieszka nie odrywała wzroku od granatowego nieba. Próbowała wypatrzyć jakąś gwiazdę, ale na próżno. Ostatnio widziała rozgwieżdżone niebo, gdy byli przed dwoma tygodniami na na Maciejowej.  Była tylko z Miłoszem, bo Marek siedział we Wrocławiu, gdzie znajdowała się filia jego firmy. Wcale nie żałowała, że nie pojechał z nimi, zdecydowanie bardziej odpowiadało jej towarzystwo własnego dziecka, z którym świetnie się rozumieli. Miło było siedzieć koło młodego i oglądać gwiazdozbiory. Marek nie ukrywał, że chłopiec coraz bardziej mu przeszkadza, zrobił się nawet o niego zazdrosny. Gdyby mógł pozbyłby się jej synka żeby mieć spokój. Czemu tak późno to dostrzegła? Zbyt długo żyła w tym toksycznym nieszczęśliwym związku, czas zakończyć tą farsę. 
  • Też swoje przeszli, ale znowu są szczęśliwi i oby tak zostało. 
  • A ja jestem wielką szczęściarą, że mam Miłosza. To najwspanialszy mężczyzna jaki mi się przytrafił w tym poronionym życiu. Mogę nie mieć faceta do wyra, ale jego nie może mi zabraknąć w życiu. Nie mogłabym bez niego funkcjonować. 
  • Bez dwóch zdań Kochana - zgodziła się z nią Orzecka. 
  • Mieć przy sobie takich chłopaków jak nasi synowie to prawdziwy monopol na szczęście nie? 
  • Oczywiście, że tak... - Puściła Agnieszce oko. 
  • Nie chce więcej widzieć tego idioty Marka. Jak tylko wrócimy do domu pakuje jego zabawki i spadówa do innej piaskownicy. - Wyraz jej twarzy był zacięty, a w głosie był żywy gniew. 
  • Słusznie. Taki z niego cham i prostak, że aż mi się słabo robi jak sobie go przypomnę jego gadkę. Strasznie się zachował. Jakie to szczęście że nie jest ojcem Miłosza. 
  • Mirek też nie lepszy. Siedzi w tym Londynie i ma nas w dupie. Przez jego mamunie się rozstaliśmy, a ona mówi, że to przez mnie. Wstrętne babsko, zazdrosne o ukochanego synunia. 
  • Niech zgadnę... jedynak - strzeliła Orzecka. Było jej cholernie żal nowej koleżanki. Musiała się dziewczyna nacierpieć przez tego Mirka i jego mamunie, a teraz jeszcze ten Marek, cwaniaczek zakichany. 
  • Strzał w dziesiątkę... - przytaknęła zasmucona Agnieszka. - Miał młodszą siostrę, ale zmarła w dzieciństwie, więc teściowa całą swoją toksyczną miłość przerzuciła na niego. I tak zostałam sama z małym, bo Mirusiowi się nagle zamarzyło jechać do Londynu za kumplami... Oczywiście namawiał mnie żebym wzięła Miłosza i jechała z nim, ale że ja nie mogłam ojca chorego zostawić to nie pojechałam więc się cymbał obraził. 
  • Gorzej jak przedszkolak - skwitowała zniesmaczona Krakuska. Agnieszka stała się jej nagle bardzo bliska. Miały podobne historie z facetami, a ich synowie cierpieli przez głupotę tatusiów. 
  • Nasi chłopcy się chyba zaprzyjaźnią. - Aga znów się uśmiechnęła. Cieszyło ją że Miłosz i Dawid od razu się polubili. Tak ładnie się razem bawili bez żadnych spięć i nieporozumień, jakby się znali od dawna. Jednym słowem nadawali na tych samych falach. 
  • Tak jak ich mamusie - powiedziała Orzecka i odwzajemniła uśmiech. 
  • A ty masz jakiegoś faceta Justyś? 
  • Można powiedzieć, że tak, choć wolę nie zapeszać, bo... różnie to bywa. Będę się cieszyć jak znów go zobaczę i okaże się, że on nadal chce tego samego co przedtem. - Z przyjemnością pomyślała o swoim czułym powitaniu z Calvinem, które wkrótce nastąpi. Już o niczym nie marzyła tylko o tym żeby jak najszybciej znaleźć się w jego ramionach. Na bank wynagrodzi mu to, że puściła go do Anglii, bez pożegnania. To było takie nie fair z jej strony po tym co dla nich zrobił, nawet przez wzgląd na Dawida nie powinna się tak zachować. Gdyby wtedy nie stchórzyła spędziliby z sobą cudowne chwile. Kilka razy wstawała z łóżka tamtej nocy przed jego wyjazdem i chciała do niego iść, ale w ostatniej chwili się wycofywała. Czemu?  
  • Jakiś tutejszy amant? - spytała Aga i posłała towarzyszce figlarny uśmieszek. 
  • A nie, nie, Calvin to Anglik i pochodzi z Yorku. Poznałam go dzięki mojemu braciszkowi który go tu przywiózł za zgodą naszej babci. Z tego co wiem od Rafała to Cal był w strasznym dołku przed jego wyjazdem więc trochę się bał go zostawiać. W końcu wymyślił że go zabierze ze sobą i to była chyba najlepsza decyzja jaką Rafał mógł podjąć. Nawet babcia go za to pochwaliła. Uważa, że okazał Anglikowi wielkie serce bo nie każdy by się tak przejął kumplem, ale okazało się, że mój brat to jednak kawał porządnego faceta i jestem z niego cholernie dumna. Gdyby nie on nie byłabym dziś taka szczęśliwa, bo przyjazd Calvina odmienił moje życie o 360 stopni. Szarpiemy się czasem z bracholkiem o bzdury, ale nie wyobrażam sobie, że mogłoby go zabraknąć... 
  • Nawet tak nie myśl Kochanie. Złe myśli ściągają nieszczęścia. - Mama Miłosza mówiła półszeptem i co chwila się rozglądała jakby wyczuwała obecność jakiegoś dzikiego zwierzęcia w pobliżu. Mogło być w krzakach, gdyż ciągle słyszała jakieś szelesty, chrupanie... A może tylko jej się zdarzało.  Miała prosić Justynę o latarkę, ale zrezygnowała. Nie chciała, żeby koleżanka pomyślała, że jest tchórzem, który boi się małych nocnych zwierzątek. 
  • Już raz był o krok od śmierci, a ja mało nie ześwirowałam. - Gdy to powiedziała zrobiło jej się dziwnie słabo. To było chwilowe, ale nieprzyjemne. Dobrze, że siedziała, a nie stała bo by upadła. Wolałaby zapomnieć o tym co wtedy spotkało Rafała. 
  • Wyobrażam sobie co musiałaś przeżywać... - Agnieszka dotknęła ręką czoła. Natychmiast przypomniał jej się własny brat bliźniak Hubert, który utonął w Popradzie. To się stało dziesięć lat temu, a ona wciąż to rozpamiętywała, nie była w stanie się z tym pogodzić. Nawet nie zdążyła się z nim pożegnać dopiero na cmentarzu go pożegnała. Ostatni raz widziała go żywego trzy tygodnie przed tym wypadkiem. Miała go odwiedzić w Piwnicznej ale nagle coś jej wypadło i nie mogła pojechać... Zawiodła go wtedy... ostatni raz. - Mój braciszek nie żyje od siedemnastu lat 
  • Co mu się stało? - Justyna szybko pożałowała, że o to spytała. Teraz bała się odpowiedzi. Wtargnęły na grząski grunt. 
  • Hubert utonął w Popradzie. Był na spływie z kumplami...  pontonem. W którymś momencie ten ponton się przewrócił i wszyscy powpadali do wody... Tylko jego nie udało się uratować,  bo za długo się topił... - Przykryła oczy dłonią. 
  • O nieeee, nieee. - Justyna o mało się nie rozpłakała. Wydała z siebie tylko jeden długi stłumiony szloch, a potem ukryła twarz w dłoniach i trwała tak przez dłuższą chwilę. 
  • Nie rozmawiam o tym z nikim bo nie potrafię...  Zwyczajnie  nie potrafię.  - Agnieszce załamał się głos i zaczęła głośno płakać. Nie mogła tego powstrzymać... nawet nie chciała. Tłumienie emocji było najgorsze i nie pomagało nikomu, tylko szkodziło. Mama zawsze ją uczyła że taki ból po stracie człowieka trzeba wypłakać, a czasem wręcz wydrzeć z siebie. Pierwsze dwa tygodnie po śmierci Huberta były dla niej istną wegetacją. Nie jadła, nie piła, nie spała, z nikim nie rozmawiała, a gdy podłączali jej kroplówkę wyrywała wenflony, jeden za drugim. Za dnia gapiła się tępo w ścianę, a w nocy wyła jak poranione bezbronne zwierzę. Życie bez brata bliźniaka, który od małego był jej najlepszym przyjacielem, który był przy niej cały czas, towarzyszył jej w najtrudniejszych momentach, który gotów był dla niej zrobić wszystko wydawało się nie mieć sensu, a pustka jaka po nim pozostała gdy odszedł oznaczała dla niej wieczną mękę. Nagle została sama i błądziła w ciemności, bo światło które nosił w sobie Hubert nagle zgasło. Została sama ze swoimi lękami i problemami, o których zawsze mówiła tylko jemu, a one uczyniły z niej swoją niewolnicę... cud, że nie stała się schizofreniczką, bo ludzie po takich traumach wpadają w różne stany... Skończyła w psychiatryku, na szczęście w dobrym i spędziła w nim dobry rok pod okiem najlepszych lekarzy oraz terapeutów, którzy pomogli jej wydostać się na powierzchnię, nauczyli żyć bez Huberta. Dzięki nim zaczęła w miarę normalnie funkcjonować i komunikować się ze społeczeństwem. Jedyne czego nie zdołali ją nauczyć to mówienie o tym co się stało. Dusiła to w sobie wierząc że sama zdoła okiełznać ten straszny ból, ale on był bestią nie do pokonania, był hydrą której ciągle odrastały nowe głowy. Myślała, że gdy nie będzie o tym z nikim mówić rany się zagoją i będzie jej lżej, ale nie było. Oszukiwała sama siebie. 
  • Nie dziwię ci się, ja też bym nie potrafiła, gdyby mój... - Nie zamierzała kończyć tego zdania. Zamiast gadać bez sensu przygarnęła Age do siebie, a potem mocno przytuliła. Nie mogła jej pocieszyć, nie mogła powiedzieć że ból minie, bo wiedziała, że tak się nie stanie. Już zawsze będzie miała tą pustkę po bracie i nikt nie zdoła jej wypełnić... Pomyśleć że jej własny był tak blisko granicy, jego życie ledwo się trzymało się na cieniuteńkiej niteczce gotowej w każdej chwili pęknać, wisiało na włosku jak to się mówi. Gdy Janek jej powiedział, że Rafał został dźgnięty nożem, a potem postrzelony i że może nie przeżyć poczuła się tak jakby ktoś ją z całej siły pchnął w najgłębszą otchłań. Przez kilka minut nie widziała nic poza ciemnością, jakby ogarnęła ją nicoś -  nie szło nawet tego nazwać - a jedyne, co wtedy czuła to okropny bolesny ucisk w klatce piersiowej, jakby jej serce się rozrosło i chciało się wyrwać z piesi. Potem ogarnęła ją taka panika że ledwo oddychała. Myśl, że może już nie zobaczyć Rafała żywego nie pozwalała jej logicznie myśleć. Strach był silniejszy od wszystkiego i przerósł ją. Gdyby nie silne wsparcie Jaśka i Calvina na bank by zwariowała. To oni pomogli jej i Kyni przetrzymać najgorsze. Byli dla nich niczym światełko w ciemnym długim tunelu. - Tak strasznie mi przykro Agnieszko. Nawet sobie nie wyobrażam przez co przeszłaś. 
  • Ty i Rafał też jesteście ze sobą blisko, prawda?  - Spojrzała na Orzecką przez łzy. 
  • Teraz tak, ale przed tym wypadkiem była między nami ogromna przepaść. Sama nie wiem czemu się tak od siebie oddaliśmy.. - Mówiąc to Justyna patrzyła w ziemię. - Tak naprawdę to nie był wypadek, tylko... Rafał padł ofiarą napaści w górach i cudem przeżył. Był z Jankiem i Calvinem, którzy zrobili wszystko co mogli żeby go ratować, ale bez wsparcia naszego znajomego lekarza, który akurat tamtędy przechodził z kolegą nie przeżyłby. Jacek zajął się Calvinem bo miał podejrzenie zawału no i moim bratem, a ten drugi pan wezwał GOPR. Chłopaki nie mogły zadzwonić bo te świry zabrały im komórki. Janek mówił, że te gnojki były najwyraźniej pod wpływem jakichś środków odurzających. Policja ma to zweryfikować. 
  • O kurna, jaki koszmar. - Powiedziawszy to Aga zakryła oczy dłońmi. To był prawdziwy koszmar, niewyobrażalny. - To już nawet w górach nie można się czuć bezpiecznym, bo ludzie świrują. Przy takich debilach to nawet niedźwiedź przestaje być groźny. 
  • Ten co napadł Rafała włamał się niedawno do Kyni. Na szczęście nie było jej w domu. 
  • No przestań. - Była w szoku. - I co, policja go zgarnęła?
  • No tak, bo Jasiek i Rafał nie dali mu uciec. - Ta akcja z włamaniem też ją kosztowała mnóstwo nerwów. Tak strasznie się przeraziła gdy zobaczyła Rafała szarpiącego się z tamtym gnojem,  bała się, że znowu coś zrobi jej bratu... Ale na szczęście był z nimi Janek Zuber i udaremnił wysiłki tego bandziora.  
  • Czym się zajmuje ten twój Anglik jeśli mogę zapytać? - Aga znów się uśmiechnęła. - Jezu, przepraszam cię za te wszystkie pytania Justyś. Ja z natury taka ciekawska jestem niestety. 
  • Dajże spokój dziewczyno. Możesz pytać o co chcesz. 
  • Nasze historie są takie podobne, że to wręcz niesamowite. I to że się dziś spotkałyśmy także. Przeznaczenie? 
  • Tak, myślę, że to przeznaczenie... To co się wtedy stało Rafałowi było potrzebne, żebyśmy się pogodzili i żeby on i Kynia znów byli razem... To że Anglik był wtedy z nim zaważyło na wszystkim, bo nie pozwolił mu się poddać. 
  • No właśnie, co z tym Anglikiem? 
  • Pytałaś czym się zajmuje? Otóż Cal jest psychologiem dzieci i młodzieży z rodzin patologicznych, zajmuje się też osobami z autyzmem i aspergerem. On i Rafał pracują razem dla policji tylko na innych wydziałach bo mój brat jest technikiem informacyjnym, a Calvin ciągle jest wzywany do takiego ośrodka dla nieletnich pod nadzorem policyjnym i rzadko bywa na komisariacie.... 
  • A to specjaliści z nich. - Mama Miłosza była pod wielkim wrażeniem. Sama by tak chciała pracować. Zawsze ją to ogromnie fascynowało, ale ze względu na problemy z psychiką nie mogła. Praca w policji wymagała od kandydata silnej psychiki. Mogła sobie tylko o tym poczytać.  - Ja kiedyś marzyłam o pracy na policji w charakterze detektywa. 
  • Właściwie to już tam nie pracują bo obaj odeszli z pracy w tym samym momencie ku wielkiemu niezadowolenia komendanta. W sumie to się facetowi nie dziwię. Nagle stracił dwóch najlepszych pracowników. 
  • Założę się, że jest bardzo przystojny... Ten Brytyjczyk. 
  • Jak cholera Aguś, ale nie to jest najważniejsze tylko to, że jest  bardzo dobrym człowiekiem, troskliwym, współczującym i można na nim polegać w każdej sytuacji. Takiego faceta potrzebuje. 
  • Chciałabym, żeby Mirek taki był, ale to tylko pobożne życzenia. 
  • Współczuje ci, naprawdę - oświadczyła smutna Krakuska. Tak jej było szkoda mamy Miłosza i jego samego. Jej też by się przydał taki Anglik. 
  • Wiesz Justyna...? Ja już nie chce nic dla siebie tylko żeby Miłosza nie czuł się niechciany i zaniedbywany. Problem w tym, że młodemu naprawdę zależy na kontakcie z ojcem, a ten sukinsyn ma to w dupie. Zamiast zadzwonić do syna to on się woli kurwa urżnąć, a młody siedzi jak na szpilkach i płacze bo tatuś się z nim umówił na skypie i go nie ma. - Agnieszce znów zachciało się płakać. - Kiedyś zatłukę Mirka i pójdę siedzieć. 
  • To super tatuś, faktycznie. Powinien się zachowywać jak dorosły odpowiedzialny mężczyzna, a nie jak rozkapryszony gnojek. - Gdyby mogła kopnęła by tego Mirka w dupę tak mocno, żeby poleciał w kosmos, razem z Marcinem. Co za żałosny dupek. 
  • No właśnie... powinien.


  • Kto to się do mnie dobija? -  Justyna sięgnęła do kieszeni kurtki po komórkę, żeby zobaczyć kto dzwoni. Miała nadzieje, że to Calvin, ale tym razem był to Olsen, lekarz Dawida. Długo milczał uparciuch jeden. Czyżby się zraził do niej po ostatniej rozmowie w Inhalatorium, gdy wyznał jej co czuje? To nie była łatwa rozmowa dla nich obojga. Nie może odwzajemnić uczuć Norwega bo kocha Coultera i nic na to nie poradzi. Może w końcu to zrozumiał i nie będzie się więcej boczył. - No w końcu Olsen - pomyślała gapiąc się w wyświetlacz wyrczącego uparcie telefonu. Postanowiła że zaraz do niego oddzwoni jeśli połączenie się urwie. Gdy wreszcie wstała z ziemi oznajmiła.  - Zaraz do ciebie wracam Aguś, dobrze? Przepraszam na chwilę  - Powiedziawszy to oddaliła się troszeczkę i odebrała po piątym sygnale. Dała na głośnomówiący. - Cześć Olsen, miło, że w końcu dzwonisz. Co tam u ciebie słychać? - Szła grzbietem Wysokiego Wierchu, nie zamierzała się za bardzo oddalać od Agnieszki. 
  • U mnie wszystko gra, dziękuje, że pytasz. Obecnie pochłania mnie intensywna praca.  A jak tam się ma mój młody pacjent? - Doktorek wydawał się być w dobrym humorze o czym świadczył ton jego wypowiedzi. 
  • Dawid ma się wyśmienicie panie doktorze, dziękujemy. Profesor na nowo ustawił leki, dał jeden nowy i jest znaczna poprawa od czterech dni. Przestało go dusić, oddech już nie jest charczący jak przedtem... W końcu mogę spać spokojnie. - Faktycznie była teraz dużo spokojniejsza o syna i lepiej spała. Przedtem ciągle się budziła, średnio co pół godziny bo wydawało jej się dusi. 
  • No i dobsze Justyna, cieszę się bardzo. Może w końcu ruszymy z tym leczeniem do przodu. 
  • Wierzę w to, że będzie coraz lepiej Olsen...  Bo musi być. - Popatrzyła w kierunku Wysokiej, którą w tej ciemności ciężko było wypatrzyć. Wszystko spowiła gęsta nocna mgła. 
  • Jasne, że tak. Doskonale wiesz, że wiara w powodzenie to już pół sukcesu... A teraz słuchaj co ci jeszcze chce powiedzieć. Wczoraj doszedłem do wniosku, że powinniście zacząć zabierać Dawida w góry, koniecznie. To wasze górskie powietrze powinno wesprzeć odporność młodego i zahartować jego organizm. Tak samo pomaga pobyt w lesie, gdyż drzewa mają magiczną moc uzdrawiania duszy i ciała... Tylko się ze mnie nie śmiej, zabraniam. 
  • Eeej nooo to super, on tak za tym tęskni, że nie masz pojęcia. Non stop się pyta kiedy będzie mógł z nami iść w góry. - Ucieszyła się jak dziecko. Nie będzie już musiała trzymać młodego pod kloszem. Nikomu to nie służyło. - A o tych drzewach to ja wiem od wujka Henia i nie zamierzałam się z ciebie śmiać. 
  • Oczywiście z początku tylko krótkie spacery, żadnych długich wycieczek. To ma być stopniowe hartowanie, a  nie tak na hura wiesz? Jak będzie padać to też nie panikuj, chłopak musi wychodzić z domu bez względu na to czy pogoda dopisuje czy nie. Niech ma na sobie peleryne i  kalosze kiedy widzisz, że pogoda jest niepewna. No i dawaj mu do picia miód naturalny, dużo miodu, bo jest najlepszy na odporność. 
  • A to na bank. Babcia Jasie nam wszystkich daje miód do picia... od małego. 
  • Wasza babcia to niesamowita kobieta i wie co najlepsze. - Z głosu Norwega bił ogromny zachwyt. Widział się z babcią Jasią tylko raz przez chwilę, ale ta chwila wystarczyła, żeby ją polubił.  Podobnie było z Calvinem, on też od razu pokochał babcie Justyny i Rafała.
  • Nie śmiem zaprzeczyć. - Roześmiała się. Dotknęła gałązki świerku, przy którym akurat stała i powąchała. Niesamowity zapach drzewa ożywiał ją. 
  • Aha i nie zapominajcie o tych domowych inhalacjach. Możesz go też zabrać do tężni w Rabce albo do kopalni w Wieliczce. To mu na pewno dobrze zrobi. 
  • Okej pomyślimy o tym. Jestem pewna, że mu się spodoba ten pomysł.
  • Ten chłopak jest urodzonym odkrywcą. Pewnie będzie takim drugim Indiana Jonesem kiedy dorośnie. 
  • A mnie ciągle powtarza, że zostanie Janosikiem - powiedziała i roześmiała się na głos. 
  • Justyna... wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć, prawda? Wystarczy jedno słowo i lecę do ciebie nie oglądając się za siebie. Wiesz, że byłbym z tobą i Dawidem na dobre i na złe. Nieba bym wam przychylił gdybyś mi dała szanse... 
  • Olsen proszę cię, nie zaczynaj od nowa - ucięła mu Orzecka. -  Jestem z Calvinem i nic tego nie zmieni, zrozum. Już to ostatnio przerabialiśmy i myślałam że zrozumiałeś. 
  • No tak jasne, znowu ten Calvin, wszędzie on.... Wyjaśnij mi proszę w czym ten głupi Angol jest ode mnie lepszy? No w czym? - Wybuchł gniewem, bo nie umiał inaczej,  nie był w stanie opanować tej złości, która w nim kiełkowała, gdy pomyślał, że ten facet zajmuje szczególne miejsce w sercu Justyny. Gdy zaczynała mówić o tym swoim Calvinie dostawał cholery. Normalnie nic by do niego nie miał, ale gościu był Anglikiem, a on miał uczulenie na Anglików. Nie cierpiał tej nacji z kilku powodów,  nazywał ich bandą próżnych, zacofanych i nadętych półgłówków, którym się wydaje, że świat należy do nich bo są królami i lordami. Wszystko przez takiego jednego, którego poznał na studiach, a gość ten nazywał się Jonathan Slithlinger i miał dzianą matkę Angielkę, znaną z tego, że sypiała z samym rektorem i to za grubą kasę z czym nawet nie krył się jej synek. Olsen i Jonathan studiowali razem medycynę na jednym roku na uniwersytecie w Oslo i z początku nawet się lubili... mogliby się nawet zaprzyjaźnić, gdyby ten wredny nadęty sukinsyn nie zaczął się nagle dobierać do jego ukochanej Ivette (ta była o rok wyżej również na medycynie). Oczywiście uwiódł ją i przekabacił go na swoją stronę czego Olsen nie mógł zdzierżyć i tak zaczęła się zimna wojna norwesko - angielska. Gotowi byli się pozabijać, bo obaj mieli ciężkie charaktery i gorące temperamenty.  Raz ich nawet zawiesili na trzy tygodnie w prawach studenta za bójkę na zajęciach z anatomii. Od tamtej pory Olsen nie znosił Anglików jak psów i nic nie było w stanie go do nich przekonać. 
  • Nie krzycz do mnie bo się rozłączę - zdenerwowała się Orzecka. Była zszokowana jego postawą. Jakim prawem się wydzierał na nią i obrażał Bogu winnego Calvina?  - Nie mam zamiaru tego tolerować. 
  • Wybacz Justyna, ale poniosło mnie, bo jestem w tobie zakochany, a ten gość staje mi na drodze do szczęścia. - Ledwie panował nad głosem, a nie chciał już na nią krzyczeć. 
  • O czym ty do licha mówisz? - Orzecka podniosła głos bo doktorek skutecznie podniósł jej ciśnienie. Już dawno żaden facet jej tak nie wkurzył.  - Opanuj się Olsen, bo naprawdę... pojechałeś teraz po bandzie i to ostro. Nawet go nie znasz, a przez zazdrość, która cię zaślepia nazywasz go głupim Angolem.  To nie w porządku wiesz? 
  • Już jeden Anglik mi odebrał kobietę, którą kochałem nad życie i stąd mam ten uraz do nich wszystkich. Banda zarozumiałych półgłówków, którzy myślą, że są panami świata bo mają lordowskie tytuły i inne gówna. 
  • On ci nikogo nie odebrał, a ja go kocham i nie życzę sobie, żebyś go obrażał, jasne? Nie wszyscy są tacy sami jak tamten facet więc daruj... 
  • Justyna... kocham cię, rozumiesz? - wszedł jej w zdanie Norweg. - W końcu postanowił postawić sprawę jasno i był ciekawy co ona na to odpowie. Musi znać jego uczucia, a on będzie walczył z tym jej Anglikiem do końca. Nie odpuści mu za nic w świecie. 
  • Coś takiego... -  O mało nie upuściła komórki, gdy usłyszała to wyznanie... Chyba będzie miała problem z tym doktorkiem. Ciekawe, co na to Calvin? 
  • Nie odpuszczę mu - powiedział i rozłączył się. 
  • Niech to szlag - powiedziała chowając telefon do kieszeni. Była zła na Olsena jak cholera. Zanim wróci do koleżanki musi trochę ochłonąć. Nie pojmowała jak śmiał ubliżać Calvinovi tylko dlatego, że tamten Anglik zrobił mu świństwo. Jeśli nie zmieni postawy, będzie musiała ograniczyć relacje z nim do minimum. 
  • Justyna, chodź tu szybko! - zawołała Agnieszka. Machała do niej prawą ręką, w drugiej trzymała latarkę i świeciła na dół. Była poniżej szczytu, niewiele, zaledwie dwa metry. - Tam na łące w dole leży chyba jakieś dziecko... Wygląda na to, że jest nieprzytomne, bo się nie rusza. 
  • O Boże, co? - krzyknęła w odpowiedzi wystraszona Krakuska i popatrzyła w stronę koleżanki. - Nie gadaj nawet. 
  • Sama jestem w szoku - oznajmiła głośno nie przestając świecić sobie na ścieżkę. Cały czas schodziła w dół małymi kroczkami. - Mam nadzieje, że... żyje. 
  • Czekaj już lecę do ciebie - odpowiedziała Justyna i popędziła w stronę Agnieszki. Dzieliło je od siebie zaledwie dwieście metrów. 
  • Może wezwijmy chłopaków do pomocy. Same możemy nie dać sobie z nim rady - zasugerowała Aga, gdy Justyna była już koło niej. 
  • Masz rację, zaraz zadzwonię do Jaśka. Pokażesz mi na chwilę latarkę? 
  • Pewnie, proszę.  - Oddała Justynie latarkę i jeszcze raz się rozejrzała. 
  • Faktycznie... jest tam dziecko też je widzę, leży koło choinki. - Orzecka wskazała palcem niewielkie iglaste drzewko, o którym mówiła. - Trudno powiedzieć ile może mieć lat. 
  • Że myśmy go wcześniej nie zauważyły. - Była zdenerwowana, trzęsły jej się ręce. Modliła się, żeby to dziecko żyło i żeby dało się mu pomóc. 
  • Mogło się przemieścić. 
  • I nie zauważyłybyśmy tego? - spytała Agnieszka, której ta ta hipoteza w ogóle nie pasowała. 
  • Zawsze można coś przeoczyć. - Orzecka sięgnęła po telefon i zaczęła szukać w książce numeru Zubera. 




Rozdział 25.1 

Schronisko pod Durbaszką - Wysoki Wierch - koniec maja 2018 


Łukasz i Julek Zawada dotarli do schroniska pod Durbaszką dziesięć minut po tym jak Rysiek i Marek  ruszyli na ratunek na Wysoki Wierch. Towarzyszył im Zawisza, który pojechał tam quadem z naczepką, na którą załadował potrzebny do akcji sprzęt. W dyżurce został Janek czuwający nad bezpieczeństwem chłopców pochłoniętych grą w tetrisa. Miłosz i Dawid byli już trochę śpiący, ale nie zamierzali się położyć przed powrotem swoich mam i bez buziaka na dobranoc. Na szczęście nie mieli już tyle energii, co przedtem więc spokojnie siedzieli w fotelach i bawili się gameboyami. Byli tak skupieni na swoim zajęciu, że nawet nie marudzili już Zubera tak jak wcześniej jego kolegów. Na szczęście trafili na bardzo cierpliwych ratowników, którzy zawsze chętnie odpowiadali na pytania takich ciekawskich dzieciaków. Dawid Zawisza i Marek Rywka często prowadzili zajęcia na temat bezpieczeństwa w górach w szkołach podstawowych i to przeważnie z udziałem dzieci z klas 1 do 3 więc byli gotowi na najtrudniejsze wyzwania. Najczęściej padały pytania o to czy niedźwiedzie lubią snickersy albo czy pożerają dzieci w jednym kawałku czy przed zjedzeniem ćwiartują?  Starsi uczniowie również ich zadziwiali kiedy pytali o to kto pierwszy wlezie na drzewo, misiu czy człowiek? Oczywiście ratownicy stanowczo odradzali uciekanie przed niedźwiedziem tłumacząc, że człowiek nie ma z nim żadnych szans i że najlepszą bronią istoty ludzkiej podczas takiego spotkania jest zawsze zachowanie spokoju, wycofanie się z pola bitwy, a w najgorszym razie położenie się na ziemi i udawanie martwego, gdy zwierzę się do nas zbliży. Nieustannie przypominali że nie wolno zostawiać resztek jedzenia w lesie ponieważ w ten sposób wabimy zwierzę którego apetyt jest znacznie większy niż nam się zdaje i na pewno nie zadowoli się tym co mamy w plecaku. Janek który wiele już słyszał w życiu o spotkaniach człowieka z niedźwiedziem śmiał się tak że o mało się nie przewrócił kiedy usłyszał to pytanie o snickersy. - Już dobrze Zuber, wystarczy bo nam się tu zapowietrzysz - uspokajał go Rysiek. - Spokojna głowa Rychu, ratownicy są przecież na miejscu - powiedział Tomek udając poważnego. - A ja bym mu gówno dał, nie mojego snickersa. Niech sobie w kupie grzebie jak chce - oznajmił młody Orzecki, na co wszyscy zgromadzeni w świetlicy poryczeli się ze śmiechu, w tym także dziadek Kacperka, z którym obaj chłopcy wcześniej grali w statki. Ów starszy pan otwarcie przyznał że już dawno żaden dzieciak nie doprowadził go do łez swoimi gadkami. - Ooooj Dawid, masz szczęście, że wujek Łukasz tego nie słyszał, bo byś miał kolejny tydzień szlabanu na koniki. - Zuber zwrócił się tym razem do ubawionego po pachy Orzeckiego. Syn Justyny nie byłby sobą gdyby od czasu do czasu nie popisał się przed kolegami swoją błyskotliwością. Patrząc na tego chłopaczka Janek widział w nim dawnego Rafała, kumpla z czasów, gdy obaj mieli po sześć lat i też dawali czadu jak nikt, chociaż tak naprawdę żaden z nich do końca nie był taki przebojowy jak ten urwis. Ten to zawsze wiedział co powiedzieć żeby wszyscy w jednym momencie popadali ze śmiechu - istny kabaret. On sam w życiu nie odważyłby się zamknąć swojego wujka w pokoju ( nie chciał sobie nawet wyobrażać swojego szefa w tamtej chwili) ani pyskować do takiej Wasiakowej (którą zapewne doprowadził do nerwicy). Po cichu przyklasnął temu małemu wojownikowi, którego wielka odwaga niesamowicie mu imponowała, a wścibskiej sąsiadki donosicielki też nie znosił. I chyba nie tylko jemu, bo i Zawisza był pod wrażeniem gdy już trochę poznał swojego imiennika. Młody czarował ile się dało i bił w tym na głowę niejednego Harry ego Pottera. 

  • Zuber nie śpij, bo cię okradną - Zawada trącił w ramię pochylonego nad klawiaturą kumpla po czym przerzucił wzrok na dwóch małolatów szalejących na gameboyach. - A wy co chłopaki, przerzuciliście się na konsole rodem z epoki kamienia łupanego? Takie coś to już przeżytek, teraz rządzi play station. 
  • Co ty tam wiesz wujek? - Syn Justyny posłał Julkowi lisi uśmieszek. - Calvin mówi, że to co stare zawsze jest jare i się do tego wraca. 
  • Ależ oczywiście, nie śmiem się sprzeczać... sir Davidzie. - Powiedziawszy to Zawada się odwrócił i mrugnął do Janka porozumiewawczo. 
  • A gdzie resztę chłopaków porwało? - Łukasz rozglądnął się dookoła. Stał koło krzesła na którym siedział Jasiek. 
  • A gdzie mogą być szefie jak nie na akcji? - odpowiedział naczelnikowi Zuber. - Nagrałem ci się na pocztę bo nie odbierałeś telefonu. 
  • Tylko mi nie mów, że Zawisza polazł z nimi na tą akcję... - Figła patrzył na Zubera podejrzliwie. 
  • No jak nie jak tak? - rzucił do szefa Zawada. Starał się nie roześmiać. - Yhyhyhy.  
  • Coś mi się zdaje, że lada moment wyślę go na przymusowy dwutygodniowy urlop. 
  • Spokojnie szefie... obiecał, że będzie im tylko sprzęt trzymał - zażartował Janek. 
  • Mam dla szefa propozycje... - zaczął Zawada. - Może zrobi szef z Dawida swojego zastępcę, a ja będę miał więcej wolnego. Na jakieś Kanary bym sobie poleciał czy coś nie? 
  • Ha ha ha, aleś teraz przypierdzielił Zawada. - Jasiek zaczął bić kumplowi brawo. 
  • Bardzo śmieszne Julek. - Naczelnik wsparł ręce na biodrach i zrobił kwaśną minę. 
  • W sumie czemu nie szefie? Uważam że Zawisza w sam raz się nadaje na twojego zastępcę. Pracowity jak mrówka, odpowiedzialny... 
  • Ty się tu nie zasłaniaj pracowitością Dawida Zawada, bo ja wiem że tobą teraz kieruje lenistwo. 
  • Co też szef wymyśla? - spytał zastępca Figły i popatrzył na Zubera, który tylko wzruszył ramionami. - Ja i lenistwo? 
  • Na tapczanie siedzi leń, nic nie robi cały dzień... - wyśpiewał Orzecki i zaczął się śmiać na cały regulator. 
  • No przecież żartowałem - oświadczył Łukasz i też się zaczął śmiać.
  • Ale się szefa żarty trzymają... normalnie. - Julek udał, że się naburmusza jak syn Justyny. 
  • Ja też mogę zostać szefa następcą - zasugerował Jasiek i sięgnął po swój kubek. Mówił półgłosem.  - Bardzo chętnie przejmę tę funkcję. 
  • Dobra Zuber pomyślimy o tym przy następnych wyborach naczelnika - obiecał mu Łukasz. - A teraz mi łaskawie opowiedz, co to za akcja na tym Ruskim Wierchu? 
  • Jakim Ruskim Wierchu, szefie? - zdziwił się Zawada. - Jasiek mówił o Wysokim. 
  • Aaaa no tak, późna pora już - usprawiedliwiał się Figła. Wreszcie zaczął ostentacyjnie ziewać. Po chwili zadzwonił telefon w dyżurce.  
  • Pogotowie górskie, słucham - odezwał się do słuchawki Janek. Jakiś mężczyzna zadzwonił na telefon stacjonarny. Był nieźle wystraszony.  - No dobrze, rozumiem, a gdzie go pan znalazł?... Okolice Watriska? Proszę mi dokładnie opowiedzieć o tym poszkodowanym...  powoli i spokojnie proszę pana... tak... Czy ten człowiek jest przytomny?... Halo, jest pan tam....? Halo? - Gdy w końcu usłyszał przerywany dźwięk w słuchawce  zaklął. - Oooo szlag by to trafił. 
  • Rozłączył się? - Zastępca naczelnika natychmiast spoważniał. 
  • Chyba mu padła komórka - odparł Zuber odkładając słuchawkę. Minę miał nietęgą. Nie lubił takich sytuacji, bardzo nie lubił. Ach ta pieprzona technika. Teraz wszystko zależy od tego jak szybko chłopaki ze Szczawnicy znajdą poszkodowanego.... Czy zdążą na czas? 
  • Czyli nie dowiedziałeś się czy gościu jest przytomny czy nie? 
  • Nie zdążył odpowiedzieć, bo im ucięło rozmowę - odparł zaniepokojony Janek. 
  • Będzie akcja wujek? - dopytywał się Dawid. Mówiąc to patrzył zaciekawiony na Zubera. 
  • Będzie i oby zakończyła się pomyślnie bo póki co to czarna dupa - odpowiedział chłopakowi Janek.
  • Okej chłopaki, to ja dzwonię do ekipy w Szczawnicy, niech wyślą dwóch szpiców na to miejsce, żeby sprawdzili co jest grane. - Figła wyciągnął z kieszeni komórkę i wyszedł z dyżurki na korytarz.  Nie chciał żeby mu Dawid przeszkadzał w rozmowie. 
  • Ilu ich tam jest w bazie nad Grajcarkiem Zawada? - spytał Zuber, gdy ich szef opuścił dyżurkę. 
  • Pięciu chłopa. Dyspozytorem jest Jacek Spytkowski. 
  • Co to jest ten dyspozytor? - odezwał się Miłosz. Odłożył gameboya na paprapet. 
  • To ten ratownik co przyjmuje zgłoszenia i wydaje polecenia reszcie zespołu - wyjaśnił Miłoszowi Zuber. 
  • Co ci ludzie o tej porze robią w górach? Jeszcze w takim miejscu? - zdenerwował się Julek. - Przecież tam jest teraz ciemno jak u murzyna w... dupie. Czego oni tam szukają? Nieszczęścia? 
  • A czort ich tam wie tłumoków jednych. - Zuber wstał i zaczął się nerwowo przechadzać po pomieszczeniu. 
  • Ehe, wracają tamci z Wysokiego Wierchu chyba - oświadczył Zawada, gdy usłyszał silnik podjeżdżającego pod ośrodek quada. - Idę zobaczyć jak sytuacja. 
  • No to leć Zawada, leć.  - Pomachał kumplowi Zuber i znów zerknął w kierunku telefonu. 
  • Wujek zadzwoń do mamy kiedy wraca -  marudził Dawid. Był coraz bardziej śpiący, oczy zaczynały mu opadać. Syn Agnieszki podobnie. 
  • A ty do spania Orzecki, jazdaaaaa - polecił młodemu Zuber. 
  • Nieeeeeee - sprzeciwił się Dawid. - Nie pójdę spać póki mama nie wróci. 
  • Ja ci zaraz dom nieeeeee. 


Rozdział 25.2

Ochotnica Dolna - maj 2018 




Po powrocie z Kamienicy Kynia zastała pusty dom i kartkę od Łukasza, który pisał, że pojechali z Dawidem pod Durbaszkę i że wrócą nazajutrz przed południem. Jaka szkoda, że Figła zdążył przed wyjściem posprzątać dom i pomyć wszystkie naczynia, bo teraz nie miała już nic do roboty, a ona właśnie tego najbardziej potrzebowała. Zrobiłaby wszystko co się da żeby zająć czymś głowę i nie myśleć o pełnych potępienia słowach swojej matki, która kolejny raz jej wyrzucała, że przez swój egoizm i głupotę przywiodła Kubę do samobójstwa, a przecież mogła mieć z nim tak dobrze, bo to taki fantastyczny chłopak był. Nie było takiego spotkania ani telefonu by o tym nie wspomniała, wprost uwielbiała jej truć o tamtym facecie. Gdyby szanowna mamusia wiedziała jak bardzo czuje się winna śmierci Kuby może by sobie darowała te wszystkie przykrości. - Jak długo można znosić takie traktowanie? Chyba są jakieś granice wytrzymałości - mówiła do siebie kiedy wściekła i rozżalona wychodziła rodziców... Dość tego, nie będą się więcej widywać, a przynajmniej do czasu, aż mama nie zaakceptuje jej wyboru. Cała rodzina wiedziała, że Ulka nie toleruje Orzeckiego i nie może znieść, że Kynia do niego wróciła bo według niej był pustym samolubnym gnojkiem, który miał w głowie pstro. To sprawiło, że zaczęły się od siebie oddalać, a przepaść między nimi stale się pogłębiała. Nigdy nie lubiła wnuka Figłów, więc ucieszyła się, gdy jej córka nagle zaczęła chodzić z Jakubem, a jeszcze bardziej uszczęśliwiła ją wieść o planowanym ślubie... I właśnie wtedy kiedy wszystko zaczęło się układać po jej myśli pojawił się ten przeklęty Rafałek i wszystko spieprzył - tak to wówczas postrzegała i w tej materii nic się nie zmieniło. - Niech szlag trafi tego Orzeckiego, pojawił się na chwilę i znów miesza! - mówiła do męża myśląc, że Krysia tego nie słyszy, ale ona słyszała, bo akurat wychodziła z domu. Tylko cud sprawił, że nie wpadła do kuchni by nawrzucać matce. Miało to miejsce zaraz po weselu córki stryja, gdy Kuba zobaczył ją w ramionach Rafała. Widząc jak narzeczona całuje byłego natychmiast zrozumiał, że nigdy nie będzie dla niej najważniejszy i postanowił zniknąć. - Ciociu... mama nigdy nie pojmie, że Rafał zrobił to, bo chciał mnie odzyskać, a wyjechał tylko dlatego że... go odtrąciłam. On był gotów tu dla mnie zostać... cholera. - Kynia tłumaczyła to ciotce Bogusławie, starszej siostrze matki, która zawsze stała za nią murem w przeciwieństwie do jej rodziców. Była bliska płaczu. -  Ale czemu tak, dziecko? Skoro wiedziałaś, że Rafał cię kocha to trzeba było mu pozwolić zostać przy tobie... kochanie. - Ciotka nie przestawała tulić płaczącej siostrzenicy, wierzyła, że w ten sposób zdoła ją podnieść na duchu. Uważała, że skoro Krysia znów jest z Orzeckim to znaczy, że takie było przeznaczenie i nikt nie ma prawa stawać im na drodze do szczęścia. Nieustannie przekonywała o tym swoją oporną siostrę i nie zamierzała w żadnej mierze jej ustępować. Sama nie posiadała własnych dzieci, bo nie mogła ich mieć, więc troszczyła się o potomstwo swoich sióstr tak jakby były jej własnymi. - Ulka, co ty wyprawiasz do cholery? Zamiast wspierać dziewczynę, która tyle ci pomaga w gospodarstwie to ty ją jeszcze gnębisz? Chyba cię pogięło kobito! - skarciła ją wkurzona Bogusia. Już dawno zamierzała objechać młodszą siostrę za to jak się obchodzi z Krysią, która akurat była najwrażliwsza ze wszystkich swych sióstr. Bogna nigdy nie miała nic przeciwko temu Rafałowi, a po swojej ostatniej wizycie ( tuż przed jego wylotem do Anglii) u siostrzenicy polubiła go jeszcze bardziej. Gdy przyszła akurat sprzątał w kuchni, a później cały czas nadskakiwał swojej ukochanej, która wprost promieniała ze szczęścia. Wobec niej również był bardzo w porządku. - Ja nie wiem, co ty chcesz od tego Rafała Ulka. Bardzo fajny facet się z niego zrobił, a twoja córka jest z nim przeszczęśliwa - oświadczyła siostrze po powrocie do domu. - A jaki on jest podobny do swojego dziadka. Cały Tomasz Figła, te rysy twarzy, budowa ciała, nawet charakter ma po nim... Kulturę osobistą też. 

Dochodziła dwudziesta druga, a w Ochotnicy Dolnej szalała pierońska burza, więc Kynia nie mogła sobie nawet pogadać z Rafałem, ponieważ każde połączenie od razu zostawało przerwane. Gdyby  teraz usłyszała w słuchawce jego ciepły seksowny głos i czułe słowa pod swoim adresem, natychmiast odzyskałaby równowagę i spokój. Jak na złość esemesy też nie chciały się wysyłać, mogli zatem oboje zapomnieć o jakiejkolwiek komunikacji między sobą ( poprzedniej nocy esemesowała z Krakusem do upadłego, by wypełnić pustkę po swoim misiu). Zostało poczekać aż ta cholerna nawałnica przejdzie... bo kiedyś musi przejść... Pytanie tylko kiedy? Może gdzieś nad ranem. Już kiedy wyjeżdżała z Kamienicy zaczynało delikatnie grzmieć, ale jeszcze nie lało i zdążyła bezpiecznie dotrzeć do domu przyjaciółki. Dopiero, gdy przekroczyła próg zaczęło od nowa trzaskać i błyskać się, a przybierający na sile wiatr łamał gałęzie i rzucał nimi na wszystkie strony. W końcu przyszedł deszcz, który szybko zmienił się w dziką ulewę z gradem - burza przyszła znad Pienin Właściwych. W jednej chwili to wszystko się skumulowało tworząc tym samym niesamowity rzadko spotykany spektakl. - O kurna, aura rodem z najlepszego starego horroru - powiedziała półgłosem patrząc przez okno na ciemne niebo, które co chwila przeszywały groźne błyskawice. Gdzieś musiało trzasnąć w słup wysokiego napięcia, bo nagle wszędzie pogasły światła i zapadły egipskie ciemności. Dobrze, że okna były pozamykane, a ona miała pod ręką telefon z naładowaną baterią i włączoną latarką. Będąc pod dachem nie bała się takiej burzy, gorzej kiedy znajdowała się wysoko w górach  albo jechała samochodem. panicznie bała się prowadzić w takich warunkach  Tyle wypadków na drogach zdarzało się właśnie z powodu podobnych nawałnic. 

Kynia porobiła trochę zdjęć, żeby później wysłać ukochanemu, bo Rafał uwielbiał oglądać takie zjawiska, a gdy skończyła odłożyła aparat fotograficzny i poszła do lodówki sprawdzić czy zostało jeszcze jakieś wino. Ostatecznie zrezygnowała z trunku i wzięła sobie sok porzeczkowy, ponieważ nie miała zwyczaju topić smutków w kieliszku, tak jak jej dziadek, który zaczął pić po śmierci babci i rok później sam wylądował na cmentarzu. Po alkohol sięgała rzadko, tylko przy najważniejszych okazjach jak urodziny najbliższych przyjaciół i niektórych znajomych... na imprezach rodzinnych praktycznie nie bywała ( nie mogła znieść wrednych docinków ze strony starszego rodzeństwa). Znajomi mówili, że ma mocną głowę do picia, a ona po prostu umiała zachować umiar, wolała jednak nie kusić losu.  Miała swoje własne sposoby na walkę z dołkiem ; albo biegała do oporu albo brała skakankę i przez pół godziny energicznie skakała słuchając przy tym muzyki metalowej. Płakanie niezbyt pomagało, gdyż nie lubiła płakać nad swoim losem, prędzej rozmowy z Dawidem... ten to w mig potrafił poprawić jej nastrój, dlatego z czasem zaczęła wołać na niego Harry Potter... Z drugiej strony nikomu (jej samej też) nie zaszkodzi jak się w końcu porządnie wyryczy i poprzeklina sobie na cały świat - możliwe że właśnie to pomoże. Nie ma co liczyć na to, że matula nagle zmieni zdanie o jej facecie i zacznie go akceptować, z tym już się zaczęła powoli oswajać, najgorsze było to ciągłe utyskiwanie i wypominanie, że oboje z Rafałem przyczynili się do samobójstwa Kuby przez swoje durne egoistyczne zapędy, to ją najbardziej bolało. Do czasu kiedy była z Kubą jej stosunki z mamą jakoś się układały - można powiedzieć, że nawet po przyjacielsku. Stale zwierzała się jej ze wszystkiego, co miało związek z nowym narzeczonym, a ponadto otwarcie przyznawała, że bardzo go kocha i że nie widzi poza nim świata. Ulka uwielbiała Jakuba pod każdym względem, więc cały czas się nakręcała na ten ślub, do którego w końcu nie doszło. Kiedy się dowiedziała się że, Jakub zerwał zaręczyny z Krysią z powodu Orzeckiego dostała szału i nawrzucała córce przy całej rodzinie. Od tamtej pory stale były na wojennej ścieżce albo wzajemnie się unikały (brak kontaktu był zbawienny dla nich obu). Teraz Kynia  już wcale nie ukrywała, że bardziej jej zależy na Rafale niż na dobrych relacjach ze swoją rodzicielką. Był jej największą miłością od czasów liceum i nie zamierzała z niego zrezygnować, tylko dlatego, że nie pasował jej mamusi. O nie, nie, jeśli chce mieć kontakt z córką musi zaakceptować jej faceta, jeśli nie trudno - tak zdecydowała. Jest dorosła i może sama decydować o swoim życiu i o tym z kim żyje - dokładnie to powiedziała Urszuli na pożegnanie. W domu Krakusa zawsze czuła się dużo lepiej niż we własnym, bo właśnie w nim znalazła miłość i wsparcie, którego nie dali jej bliscy (jedynie na ciocie Bogusie zawsze mogła liczyć). Tutaj nigdy nie zaznała nawet najmniejszej przykrości, było jej z nimi po prostu cudownie. Nikt jej tak nie ranił jak rodzice i starsze siostry. Żeby choć ojciec się za nią wstawił, to nie, on się nigdy nie sprzeciwi matce. Woli tańczyć jak ona mu zagra. 







Gdzieś koło trzeciej nad ranem obudziło ją  ostre wycie alarmu samochodowego. Aż podskoczyła na siedzeniu, otworzyła szerzej oczy i rozglądnęła się po pokojuNa dworze i w domu było ciemno - chyba szlag trafił instalacje elektryczną w całej wsi - a deszcz nadal mocno padał. Z  początku nie wiedziała, co się wokół niej dzieje, z trudem odbierała bodźce z zewnątrz, potrzebowała kilka chwil na to by dojść do siebie. Nawet nie pamiętała, o której zmorzył ją sen, w każdym razie zasnęła przy stole z głową wspartą na splecionych dłoniach. Wreszcie dotarło do niej, że to jej własny samochód tak wyje. Ciekawe czemu, co mu odbiło? Fakt, czasem się zdarzało, że alarm sam się włączał, lecz tym razem miała złe przeczucia. Jeśli ktoś się włamał się na teren posesji i do jej samochodu, może się też włamać do domu i zaatakować ją. Kiedy pośród głuchej nocnej ciszy rozległ się nagle odgłos tuczącego się szkła serce od razu podeszło jej do gardła i na moment wstrzymała oddech. Robiła wszystko, co mogła żeby się nie rozedrzeć na cały regulator. Potem najciszej jak potrafiła wstała z krzesła i zaczęła iść w kierunku schodów prowadzących na piętro powtarzając sobie w kółko, że nie spanikuje, bo nie jest tchórzem. Wzrok już się przyzwyczaił do ciemności tak że nie musiała używać latarki. Z sukcesem dotarła na półpiętro i wtedy odezwała się do niej Ewelina, o której całkiem zapomniała. Stała pod  pokojem Dawida i patrzyła na nią z góry. 
  • Ciebie też chłopaki obudziły? - spytała Gryka półszeptem. - Chyba trochę narozrabiali.
  • Jakie chłopaki?  - Ożywiona Kynia patrzyła na siostrę Marcina z niedowierzaniem. Momentalnie zapaliła się jej czerwona lampka.  - Chcesz powiedzieć, że znasz tych gnojów co nam się włamali na posesje? No gadaj Ewelina! 
  • To chłopaki od Marcina... Grzesiek i Michał... - Odsunęła się od drzwi i podeszła do balustrady. 
  • Od Marcina? - Kynia poczuła, że podnosi  jej się ciśnienie. - Skąd wiesz, że oni są od niego? Masz z nim kontakt? - Mało nie zabiła tamtej wzrokiem. Gdyby stały twarzą w twarz zaraz by jej odwinęła w gębę. 
  • Grzesiek mówi, że Marcin kazał im sprawdzić jaki jest dostęp do Dawida - wyjaśniła spokojnie Ewelina. Gdyby nie to co wzięła jakieś pół godziny temu nie byłaby taka opanowana. To był kolejny towar od Grześka, jej obecnego faceta. - A poza tym... oni chcieli żebym im pomogła zwinąć chłopaka, ale odmówiłam. W życiu czegoś takiego nie zrobię. 
  • Że jak przepraszam? Cooo ty kurwa do mnie chrzanisz? - wkurzyła się Kynia. Starała się nie podnosić głosu, ale po tym co usłyszała ledwo panowała nad emocjami. Czyżby ten podły sukinsyn planował porwać młodego? Na to wychodziło... Oooo nie, nie, to już prędzej po jej trupie, bo ona na pewno nie odda tego dzieciaka po dobroci. Jeśli drań chce może spróbować z nią powalczyć, ale szanse ma marne.  - No nie, zaraz dzwonię po Łukasza i na policję. 
  • Nie, czekaj, nie możesz... - Ewelinie natychmiast zrzedła mina. Jeśli ta Białko faktycznie zadzwoni po psy ona będzie już dla Grześka skończona i może zapomnieć o kolejnej działce amfy. Poza tym gdyby ktoś z rodzinki Orzeckiego odkrył, że trzyma tu towar zaraz by ją odstawili na komisariat. Już raz tam była i cudem się tym glinom wywinęła. Na szczęście miała wtedy mocne plecy, dzięki pewnemu specowi,  a bez Grześka daleko nie zajedzie. 
  • Co znaczy, że nie mogę? - spytała wzburzona Białko. Dosłownie cała się trzęsła z nerwów. - Co to za głupie gadanie? Mam rozumieć, że i ty coś kombinujesz? Pamiętaj, że jeśli Dawidowi  spadnie z głowy choć jeden maleńki włosek to nie ręczę za siebie! - Zaczęła wychodzić po schodach. 
  • Spokojnie Kynia, przecież ja im nie powiedziałam gdzie jest Dawid - uspokajała ją siostra Marcina. Jednocześnie modliła się, żeby dziewczyna Rafała nie zorientowała się, że jest pod wpływem narkotyków, bo by dopiero miała przesrane... A jeśli jednak zaczaiła? 
  • Spróbowałabyś tylko to bym cię kobito zadzióbała! - Miała ochotę złapać tą Grykę za fraki i tak mocno nią potrząsnąć żeby otrzeźwiała. Jak się okazało nakłamała Rafałowi, mówiąc, że nie ma kontaktu ze swoim bratem. Znając życie to każde jej słowo było kłamstwem w żywe oczy. Na ile jeszcze było ją stać? Czas pogadać z Łukaszem, żeby się w końcu pozbył tej wariatki zanim wykręci im coś gorszego. 
  • Hej kobieto, luzik... jak ci mówię, że nic nie pisnę chłopakom to znaczy, że nie, jasne? - powiedziała zdenerwowana Gryka. Ton wypowiedzi Kryśki zaczynał ją drażnić. - Mnie także zależy na tym żeby młody był bezpieczny. W końcu jestem jego ciotką do licha. 
  • Więc po jakiego grzyba się kontaktujesz z tym debilem? Przecież ten twój zasrany braciszek to  wcale tego dzieciaka nie kocha, on chce tylko pognębić Justynę. O to tu chodzi. - Kynia zaczęła machać rękami. Nie mogła się uspokoić, bo bała się o Dawida. Jeśli są cwani to w końcu wymyślą sposób na porwanie synka jej przyjaciółki. 
  • To Grzesiek mnie namierzył, bo miał mój numer, a ja nie wiedziałam, że on robi dla mojego braciszka - broniła się zaciekle Ewelina. 
  • Jakbyś kuźwa zmieniła numer, to by cię nie namierzył! - odpyskowała zirytowana Kynia i zdjęła z siebie skórzaną kurtkę. Czarne dopasowane spodnie również miała ze skóry. Przeczesała ręką lekko rozwichrzone ciemne włosy z jasnymi pasemkami.  - Chyba, że tobie pasuje takie towarzystwo... Pewnie tak.  
  • Gdybym wiedziała, że oni grają do jednej bramki inaczej bym to załatwiła. -  Gryka strzeliła minę niewiniątka. Miała to już wyuczone jak aktorka. 
  • Nie kłam bo kiepsko ci to wychodzi. Rafała też okłamałaś jak ostatnio z nim gadałaś. - Kynia znów podniosła głos. Stanęła na ostatnim stopniu i złapała za balustradę. 
  • Nie, nie okłamałam go - zaprzeczyła stanowczo. Odrzuciła do tyłu kosmyk włosów, które były rozpuszczone, a ona była w piżamie. - Tłumaczę ci, że nie mam z bratem kontaktu od dawna i nie wiedziałam że Grzesiek u niego pracuje. - Marcin nie chce kontaktu. 
  • Słuchaj no Ewka, masz mi zaraz tych gnojów stąd wyrzucić albo dzwonię po gliny i powiem, że jesteś z nimi w zmowie. - Jej ton był zimny, a spojrzenie srogie. Złość dosłownie z niej wyzierała. - Nie boję się twoich kumpli, rozumiesz?! Nie boję się! 
  • Dobra, niech ci będzie. - Popatrzyła na nią z politowaniem. Wiedziała, że nie zdoła wygonić Grześka jeśli sam nie będzie chciał odejść.  Jeśli go wkurzą on rozpęta tu piekło. 
  • I lepiej będzie jeśli ty również opuścisz ten dom... zanim sprowadzisz na tą rodzinę jakieś nieszczęście. 
  • Ty mnie chcesz stąd wygonisz? Ha ha - zadrwiła z niej Gryka. 
  • Poczekaj jak powiem Łukaszowi, że chronisz Marcina to on cię osobiście stąd wywali - postraszyła ją Białko. - A z nim jak lepiej nie zadzierać. 
  • Okej, okej, wyniosę się. - Podniosła ręce do góry na znak kapitulacji. I tak zamierzała opuścić dom Orzeckich w najbliższych dniach. Nikt jej tu nie chciał poza tą panią Jasią, która okazała się bardzo ciepłą i życzliwą osobą gotową wybaczyć grzechy najgorszemu Judaszowi. Przy Łukaszu czuła się dziwnie nieswojo, miała wrażenie, że ten gość cały czas ją obserwuje, patrzy jej na ręce jakby coś podejrzewał. Coś wisiało w powietrzu, gdy razem przebywali w tym samym pomieszczeniu. 
  • Idź szybko do tych swoich kolesiów i powiedz, że jak za kilka minut stąd nie znikną to ja wzywam gliny. No już Ewelina, jazda. Nie chce ich tu więcej widzieć!
  • Uspokój się, już do nich idę - oznajmiła i zaczęła schodzić. Minąwszy Kynie na schodach głupio się do niej uśmiechnęła. 
  • Kurwa mać, ja nie mogę - powiedziała Kynia, kiedy wreszcie została na piętrze sama. Była potwornie zdenerwowana i przerażona. Co będzie jeśli ten cały Grzesiek nie zechce się wynieść, przylezie tu i coś jej zrobi? Cholera wie na co go jeszcze stać. Ewelinie również nie ufała doskonale wiedziała że kłamie. To pewnie ona miała porwać Dawida i z pomocą kumpli Marcina dostarczyć go ojcu, ale na szczęście Łukasz go zabrał. Co by było gdyby była z młodym sama. 

Dziękuję za czas na lekturę i każdy komentarz. Miłej lektury. 
 

48 komentarzy:

  1. Proste, zwykłe życie ludzi :)
    Historie przeplatane przerywnikami muzycznymi :)
    Na jesienne wieczory wspaniała lektura. Wprowadzasz klimat dawnych audycji Tomka Beksińskiego :)
    Pięknie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki bardzo za odwiedziny Bartas. Bardzo miłe porównanie, bo Tomka Beksińskiego uwielbiam :) Niezwykle mi miło. ja również kocham twoje klimaty blogowe. Zawsze znajdę tam coś co uwielbiam :) Co do tego zwykłego życia to bym się troszku kłóciła ponieważ uważam, że każde jedno jest niezwykłe pełne rózne przeżyć - także moje czy twoje :) bogate w doświadczenia.

      Usuń
  2. Kasiu, ile takich historii na świecie, córka mojej kuzynki tez została sama z dzieckiem i po różnych perturbacjach chyba wreszcie życie sobie układa...
    Klimat górskich wędrówek sprzyja zwierzeniom, a nic tak nie uczy życia jak ludzkie opowieści:-)

    OdpowiedzUsuń
  3. No nie wiem czy mi komentarz wcięło, więc napisze jeszcze raz.
    Górskie wędrówki sprzyjają zwierzeniom, opowieściom, a takich lub podobnych historii wiele.
    Najbardziej dzieci szkoda...
    Córka mojej kuzynki też została sama z dzieckiem, teraz Kuba już spory facet, a ona dopiero układa życie na nowo.

    OdpowiedzUsuń
  4. Właśnie nadchodzi idealny czas na czytanie: długie wieczory w ciepłym kocu i z kubkiem herbaty z imbirem. Muszę przyznać, że czytało mi się dobrze, zdecydowanie potrafisz wciągnąć :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ale zawiesiłaś historie! Wszystkie wątki! Będzie się czekało na ciąg dalszy. :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Coś tak czułem, że po nieco jakby nieco "spokojniejszych" poprzednich częściach Twojej opowieści, nagle zacznie się dziać, i to mocno...
    Szczerze mówiąc też zapomniałem o Ewelinie - a tu proszę, niezły numer próbuje wyciąć!
    W tych rozdziałach tak w ogóle bardzo dużo się dzieje, i "wewnętrznie", i "zewnętrznie", więc z zaciekawieniem czekam co się będzie działo dalej!

    Pozdrawiam już październikowo :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Kasiu, świetnie piszesz! Bardzo lubię swobodne łączenie elementów potocznych z tym czarem, jakie przynosi lekkie pióro piszące piękne opowieści, brawo! Pozdrawiam! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Maksiu, cieszę się że nadal zaglądasz do mnie i że Ci się podoba moja gorczańska opowieść. Miło mi bardzo :) Ja mam u Ciebie zaległości ale lada moment nadrobię. A Tobie sie rok akademicki zaczął :) mam nadzieje że juz beda normalne zajęcia stacjonarne. Ja jestem z Krakowa więc mozemy się zgadac na kawe kiedys jak będziesz okienko miał. Dobrze by miec zaprzyjaznionego lekarza :) Pozdrawiam serdecznie

      Usuń
  8. Góry, wędrówki, rozmowy o trudnym, ciężkim życiu. Twoja opowieść wciąga, przykuwa uwagę.....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Krysiu :) za odwiedziny i komentarz. Właśnie się wczoraj do Ciebie wybierałam na bloga i padłam. Ciężki dzień miałam wczoraj. Pozdrawiam Najserdeczniej :)

      Usuń
  9. ..zawsze to mówie i będę powtarzała, bo pięknie piszesz Kasieńko, za każdym razem kiedy jestem u Ciebie czytam Cię z ogromna przyjemnością.. Twoje opowiadania są takie życiowe i wspaniale tak ciekawie napisane, przy tym śliczne zdjęcia i piękna muzyka :)
    ..dziekuję Ci bardzo, że pamiętasz o mnie i zaglądasz ;)

    - pozdrawiam Cię najserdecznej i najcieplej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję że wpadłaś Słoneczko :) bardzo się cieszę że już jest lepiej. Twórz dalej bo wspaniałe wiersze piszesz a ja kocham je czytać. Pisz, pisz pisz :) Sciskam mocno

      Usuń
  10. Kolejna świetny fragment, Kasiu :) dzieje się, dzieje i sytuacja robi się coraz bardziej groźna. Tyle zawirowań i emocji... w konflikcie dorosłych zawsze najbardziej cierpią dzieci, oby Dawidkowi nie złego się nie stało. Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  11. Zobaczymy jak z tą pogodą będzie. Wtedy też zdecyduję czy nadal jeździć na rowerze czy już nie.

    Jakoś ostatnio nie śledzę kabaretów, wydaje mi się, że powoli pomysły się kończą. Nawet takiej postaci jak panu Górskiemu. Za to skecze sprzed paru lat nadal są dobre. :)

    :) To w sumie nieco jak ja miałaś. Też trochę w archiwum działałem, zanim nie przyjęli mnie na etat, wtedy już na górę trafiłem. Ale na dole było też całkiem ciekawie, a przy okazji mogłem sobie mięśnie wyrobić nieco przy przesuwaniu tych półek wielkich.

    Jak coś mam wartego uwagi to staram się polecać.

    Jeśli o politykę chodzi to chwilami nie mam słów, ani też sił do oglądania tych przepychanek wszelakich.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  12. Jak zwykle bardzo ciekawie u Ciebie:) Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj Kochana, dziękuję za wizytę i komentarze. Ja też lubię u Ciebie byc.

      Usuń
  13. poprawiłaś mi humor tym tekstem! Po ciężkim dniu aż miło poczytać coś co sprawi, że lektura odpręży i zrelaksuje stylem pisania:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To wspaniale Kochana, bardzo się cieszę że mi się udało sprawić że poczułas się lepiej. Trzymaj się cieplutko. Dziękuję za odwiedziny.

      Usuń
  14. Ciekawa historia z piękną górską oprawą!!! Gratuluję talentu pisarskiego :)!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo Filifionko :) Miło Cię widzieć wśród moich czytelników. Pozdrawiam najserdeczniej

      Usuń
  15. Łoho spory rozdzialik stworzyłaś i to tak żeby podbudować napięcie i jeszcze bardziej zaciekawić czytelnika. łezkę uroniłam przy pierwszych rozmowach a potem już tylko czytałam z coraz większym napięciem. Czekam na dalszy ciąg!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hejka Sady, dzięki za wizytę Kochana :) cieszę się że ta historia dostarcza Ci tyle emocji. To jest wiele dla pisarza jeśli czytelnik mówi, że mu się podoba i że czeka na ciąg dalszy opowieści. To bardzo miłe słowa. Ściskam najmocniej.

      Usuń
  16. Kochana
    Górskie opowieści mają w sobie zawsze niezapomniany odbiór, przeczytałam i zadumałam się🥰
    Pozdrawiam milutko na kolejne pełne słońca jesienne dni🌞🌻🍂🍁🍩☕💛😄

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana Morgano, serdecznie dziękuję za odwiedziny i czas na lekturę. Serdecznie pozdrawiam i życzę dużo słońca w każdym dniu. Ściskam mocno. Buziaki.

      Usuń
  17. Kasiu!
    Powtarzam do znudzenie. Cudownie czyta się Twoje teksty, masz lekkie pióro. Kapitalna lektura!!!
    Dużo zdrowia dla Ciebie i twojej Rodzinki:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Lusiu za odwiedziny i ciepłe słowa. Bardzo mi miło że i Tobie teksty się podobają. A mnie bardzo cieszą kolejne Twoje odwiedziny. Ściskam

      Usuń
  18. Droga Kasiu!
    Po jakże z życia wziętych rozmowach Agnieszki z Justyną, podkręcasz tempo i emocje. Obawiam się, że Ewelina sporo jeszcze namiesza... Z ciekawością oczekuję na rozwój wydarzeń.
    Gorąco pozdrawiam. Życzę zdrówka i spokojnej niedzieli :-))
    Anita

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj Anitko.

      Ewelina uwielbia mieszać i miesza jak się da. Dziękuję że tu jesteś Kochana :)

      Usuń
  19. Nie ma piękniejszego zjawiska, niż prawdziwa przyjaźń
    \oby tylko takie istniały

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem za tym Zołzuniu, nie ma to jak prawdziwa przyjaźń. Dziękuję za wizytę i ściskam bardzo mocno!

      Usuń
    2. Tych prawdziwych jest naprawde niewiele, a bezinteresownych jeszcze mniej...

      Usuń
  20. Kolejny rozdział, cudownie! W sam raz do dopiero co zaparzonej herbatki z miodem i cytryną. Przyznam, że znów wciągnęłam się w tę historię i pochłonęłam wraz ze zdaniami. Twoje opowiadanie zawsze mnie relaksuje, mimo, że pod koniec rozdziałów najczęściej jestem bardzo napięta :D
    Jestem zafascynowana i czekam na kontynuację :)
    Pozdrawiam cieplutko ♡

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć Kochana Ayunko, cieszę się że jesteś i że kolejny rozdział również Ci się podoba. Ostatnio pisanie idzie ciężko, bo mało czasu i dziewczyn trzeba pilnować żeby się uczyły. Ściskam mocno. Dzięki że zaglądasz.

      Usuń
    2. Kochana, wszystkie mi się podobają i tylko czekam na informację że wydajesz książkę :) Naprawdę powinnaś wziąć ten pomysł pod uwagę ;)

      Usuń
  21. Zakopower 💪💪💪 ale jak zawsze trafiasz w sedno

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo, miło mi Kochana. Cieszę się że jesteście Wszyscy.

      Usuń
  22. Dzięki Tobie ponownie spędziłam miło czas <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niezmiernie mi miło Ervisho. Dziękuję za odwiedziny. Ściskam mocno

      Usuń
  23. Kasiu ile tekstu! Pracowita i twórca jesteś! :) Pięknego listopada życzę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Puszku dziękuję. Cieszę się że tu zaglądasz. Pozdrowienia i buziaki dla Ciebie i Jagodzianki

      Usuń
  24. Odpowiedzi
    1. Dziękuję serdecznie Ervisho. Jakże mi miło, że wciąż z przyjemnością tu powracasz Kochana. Ściskam mocno.

      Usuń
  25. Ależ fajnie było usiąść po cichutku w tym pięknym otoczeniu przyrody za plecami dwóch bohaterek i „wsłuchać się”, o czym rozmawiają 😉.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za odwiedziny Marcinie. Miło Cię znów widzieć. Pozdrawiam.

      Usuń
  26. Dawno do Ciebie nie zaglądam, za co przepraszam. I coś mnie chyba ominęło. Muszę wrócić do wcześniejszych rozdziałów i się odnaleźć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj nie ma za co przepraszać, taki czas ciężki. Ja tez mam straszne zaległości u siebie i u innych na blogach. Listopad się powoli kończy a ja jeszcze nic nie napisałam. Pasowałoby nadrobić. Miło Cię znów gościć L. Pozdrawiam najserdeczniej.

      Usuń