"Remember when you were young You shone like the sun Shine on you crazy diamond Now there's a look in your eyes Like black holes in the sky Shine on you crazy diamond You were caught in the crossfire Of childhood and stardom Blown on the steel breeze Come on you target for faraway laughter Come on you stranger You legend You martyr And shine... "
Roger Waters

czwartek, 9 października 2014

Jest wena jest i spokój w głowie...

Wybaczcie brak postów, ale ostatnio zajęłam się pisaniem książki. Korzystam póki mam wene. Zerwałam przez to kilka nocek i ledwie żyje, ale idzie do przodu i to najważniejsze. Poza tym skończyłam oglądać 2 sezon House of cards. Wciągnęło mnie niesamowicie. Kevin Spacey to mistrz a fabuła serialu istny majstersztyk. Nie powiem jak się skończyło, ale powiem że wiedziałam że tak się skończy. Jak na serial o tematyce politycznej jest niezwykle ciekawy, bo ogólnie polityki nie nawidzę i nie wnikam w nią. Szkoda nerwów. Obsada jest genialna, wręcz idealnie dobrana. Nic dodać nic ująć. Jestem pod wielkim wrażeniem, naprawdę. Nie będę ukrywać, że zaczęłam oglądać serial ze względu na Kevina Spacey. To jeden z moich najukochańszych aktorów amerykańskich i zarazem nielicznych, którzy do dzisiaj trzymają fason. Śmiało można im dawać takie role, bo potrafią sprostać każdemu zadaniu. Do tego grona zaliczam jeszcze : Roberta de Niro, Ala Pacino, Toma Hanksa, Robina Williamsa, Jacka Nicolsona, Brada Pitta, Hugh Lauriego, Anthony Hopkinsa, Dustina Hoffmana, Harrisona Forda, Johnny'ego Deepa, Roberta Redforda i Paula Newmana. Znalazło by się ich jeszcze trochę ale ci najbardziej do mnie przemawiają i niezwykle szanuje ich dokonania. Podkreślam że w tej chwili skupiam się tylko na mężczyznach, aktorki swoją drogą. Kevin zdobył moje serce w filmie KPax gdzie zagrał niezwykle poruszającą role Prouda, osobnika uważającego się za przybysza kosmosu. To niezwykle piękny film, kto nie widział polecam. Kev rozbroił mnie do tego stopnia że po zakończeniu filmu długo płakałam i nie mogłam się uspokoić. Pierwszy raz zobaczyłam go w Tajemnicach Los Angeles i powiem Wam, że natychmiast go polubiłam, ale tak jak zagiął mnie w K-Pax ie to nikt mnie inny mnie tak nie ujął. Ma doskonały warsztat, potrafi wcielić się w każdą postać : od bardzo dobrej po bardzo złą co widać w House od Cards gdzie gra pozbawionego skrupółów polityka pragnącego za wszelką cenę władzy, dążącego po trupach do celu. Równie doskonałe kreacje stworzył w takich filmach jak Kroniki portowe, Negocjator, Podaj dalej, Czas zabijania  no i oczywiście American Beauty, w którym gra oskarową rolę. Jest niezwykle wyrazistym osobnikiem, sprawia wrażenie cynika, ale myślę że jest fajnym człowiekiem w życiu prywatnym. Oglądałam z nim wiele filmów i w każdym spełnił moje oczekiwania. Przy nim potrafię śmiać się na głos i płakać na głos. Uwielbiam takich mężczyzn. Trudno przyrównać do niego któregokolwiek z młodszych aktorów. Mało który zasługuje na to by go przyrównać do takiej osobowości jaką jest Kevin Spacey. Wybredna jestem wiem, ale najbardziej lubię wiśienki na torcie. Lubię być zachwycana. Zabraknie Wam tu pewnie Toma Cruisa, Johna Travolty, Johna Malkovicha. Być może krzywdzę ich nie zaliczając do elity i przepraszam za to fanów tych aktorów, ale wymieniłam tych którzy najbardziej mnie zachwycili, których gra aktorska odbiła piętno na moim ego. Znajdzie się też kilku innych jak Daniel Craig, Adam Sandler, Sean Bean, Gerard Butler czy też Leonardo Di Caprio który od czasu Incepcji jest na liście moich ulubionych współczesnych aktorów, ale do takich aktorów jak Robert de Niro czy Al Pacino wiele im brakuje.
 
Niedługo znajdziecie tu posty na temat Kevina Spacey i Hugh Lauriego, właśnie zaczynam pracę nad tekstem. Będe mogła szerzej się o nich wypowiedzieć. Jeśli chodzi o Hugh to właśnie po raz trzeci zagłębiam się w jego genialną książkę Sprzedawca broni. Mucha nie siada jak ten facet pisze. Można się od niego uczyć. Niesamowite poczucie humoru przemawia przez jego słowo pisane, tak, że trudno się nie uśmiechnąć czytając ją od deski do deski. Niewiele autorów potrafi tak się wysławiać. Bardzo mu zazdroszczę tej swobody i równocześnie podziwiam, szanuje i winszuje niezwykłego talentu. Bardzo mi leży jako aktor, muzyk i pisarz. W tym roku po koncercie udało mi się do niego dobić i nawet zagadać. Było bardzo miło i sympatycznie. Może kiedyś złapię go na targach książki i będę mogła dłużej z nim porozmawiać. To taki fascynujący i ciepły w głębi człowiek choć sprawia wrażenie smutnego i zamkniętego w sobie. Myślę że jak się chce to można dotrzeć do każdego człowieka a Hugh jest człowiekiem z którym można się dogadać. Nie prosiłam go o wspólne zdjęcie ponieważ było za dużo ludzi a ja nie chciałam żeby czuł się jak na czerwonym dywanie zbombardowany fleshami, bo wiem że on tego nie lubi. Jakby jedna osoba zaczęła to reszta tłumu poszłaby w jej ślady. Myślę że warto czasem uszanować wolę artysty, zrozumieć, że czegoś nie lubi. To że jest artystą nie znaczy że ma być od razu "maszynką do spełniania zachcianek", bo my wydajemy na niego swoje pieniądze i wymagamy. Nie, wcale tak nie jest. Weźmy pod uwagę, że to też ludzie i mają prawo czuć się zmęczeni, mają prawo mieć czasem gorszy dzień. Postawmy się na moment na ich miejscu i zastanówmy się jakbyśmy się czuli z taką presją. Cały czas stój na baczność bo jak nie to już cię nie lubią,  Jakbyście się czuli? Ja nie mówię już o typowym gwiazdorzeniu bo tego nie pochwalam ani o typowym olewactwie, że nawet nie powie dziękuję czy przepraszam, bo uważa że mu się wszystko należy od życia, bo jest wielką gwiazdą. Mówię tu o takich artystach jak Garou Hugh, Bryan Adams czy Bruce Springsteen, o wspaniałych utalentowanych  i zarazem normalnych ludziach, którzy są dla nas cały sercem, którzy zdają sobie sprawę ile znaczy dla fanów ich osoba. Ale nie zapominajmy o tym, że ONI  też tak jak my mają prawo być zmęczeni. Okażmy im zrozumienie i szacunek, weźmy pod uwagę, że ich czas też jest organizowany przez innych ludzi. Pewnie by chcieli dać nam jeszcze więcej tego swojego czasu, ale mają też inne obowiązki i zależą od innych ludzi, a czas nie jest z gumy. Niestety.
 
Moim zdaniem nie potrzeba wiele żeby ktoś dobrze się poczuł, czasem wystarczy serdeczny uśmiech i ciepłe słowo. Najważniejsze to co zostaje w głowie i żyje w naszych wspomnieniach. Wiadomo, że każdy się cieszy jak mu się uda zrobić sobie selfie z ulubionym artystą czy zespołem i może się tym pochwalić, to poniekąd miła pamiątka. Ale jak się nie uda to też tragedii nie ma, jak nie teraz to innym razem. To takie moje refleksje na ten temat, to co chciałam przekazać przekazałam. Szanujmy innych, żeby inni szanowali nas. Wszyscy jesteśmy ludźmi i wszyscy bywamy słabi.  
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz